Justyna Pyzia, Wstyd (Rovigo)

Justyna Pyzia

Wkraczali we mnie ostro

Wstyd (Rovigo)

foto
Justyna Pyzia
Uniwersytet Jagielloński
fot. JMR

Pytania o sens i sposób rozumienia wstydu trapiły filozofów od dawna. By wymienić tylko najważniejszych, którzy się problemem zajmowali: Arystoteles, św. Tomasz z Akwinu, Max Scheler czy Karol Wojtyła. Spróbujmy pokrótce przywołać ich ustalenia, bo będzie to doskonały punkt wejścia w herbertowski sposób rozumienia tego zagadnienia. Na początku jednak warto zadać następujące pytanie: dlaczego fenomen wstydu jest tak istotny? Przede wszystkim dlatego, że już starotestamentowy mit każe w pierwszym odruchu wstydu (Rdz, 3, 5 i 7) [1] upatrywać źródła poznania dobra i zła. Stąd wniosek, że od zarania literatury uczucie wstydu wiązane było z fundamentalnymi kwestiami aksjologicznymi.

Zginąć od spojrzenia

Myślicielem, który jako pierwszy w sposób systematyczny podszedł do zagadnienia wstydu jest św. Tomasz z Akwinu [2]. Zdaniem Akwinaty jest on jedną z dwóch zasadniczych części cnoty umiarkowania. Co ważne, leży poza naszą wolą. To, co nas zawstydza jest związane zarówno z uczynkami niemoralnymi, jak i cnotliwymi. Wszystko dlatego, że człowiek strzeże swojej odrębności przed drugim, nie obnaża się nigdy całkowicie, chyba, że w miłości [3]. Zawsze, gdy zagrożona jest ludzka godność, a człowiek panuje nad sobą i wznosi się ponad to, co przyziemne, wtedy mówimy o wstydzie. Św. Tomasz definiuje: „wstyd jest pewnego rodzaju bojaźnią przed czymś brzydkim i w sposób bezpośredni odrzuca to, co hańbiące” [4]. Jest pamięcią o nieskazitelności „początku”, ale także wezwaniem, by realizować zadaną przez Boga pełnię człowieczeństwa.

Znaczące są także ustalenia Arystotelesa. Według Stagiryty wstyd dotyczy tego, co jest zależne od woli, zgodnie z nią zaś prawy człowiek nie popełni nigdy nic złego. To lęk przed niesławą, a w objawach podobny jest wręcz do lęku przed niebezpieczeństwem [5]. Jego przyczyną są hańbiące czyny. To w tym miejscu ujawnia się bliskość wstydu i moralności.

Z kolei według Maxa Schelera „uczucie to niejako przynależy do clair-obscur natury ludzkiej” [6]. Wstyd nazywa również „przeżyciem rozterką” i dookreśla go jako moment konfliktu między czymś, co jako idealne „powinno istnieć”, a czymś, co istnieje „faktycznie”. Podstawowym warunkiem powstawania tego uczucia jest „coś na kształt pewnej nierównowagi i dysharmonii [w] człowieku, zachodzących pomiędzy sensem i roszczeniem jego duchowej osoby a jego cielesną słabością” [7]. We wstydzie zatem, innymi słowy, styka się cielesność i duchowość człowieka. Co należy dodać, wstyd nie jest uczuciem właściwym wyłącznie płci. Wstyd duchowy również jest czynnikiem hamującym pewne ciemne impulsy, by nadać pewność jakiemuś osądowi i lepiej go przestrzegać. Podstawowy fenomen polega na „wstydzeniu się”, które zawsze jest z powodu czegoś, odnosi się do jakiegoś stanu rzeczy, który tego „domaga się” sam z siebie i zupełnie niezależnie od stanu naszego indywidualnego Ja [8]. W antropologii Kanta na przykład, wstyd jest naturalną predyspozycją człowieka, to wewnętrzne instrumentarium kontrolne, ograniczenie, które pozwala budować nowoczesną koncepcję człowieczeństwa [9].

W psychologii wstyd zaliczany jest do emocji negatywnych. Poszukuje się jego źródeł, aby potem móc zniwelować poczucie dyskomfortu. Rowland S. Miller, dla przykładu, definiuje wstyd jako „emocję bardziej ponurą niż zakłopotanie. (…) [która] Powoduje, że ludzie czują gniew zarówno do siebie, jak i do innych. Brak im wówczas empatii i mają skłonność do czynów złośliwych i egoistycznych [10]”. „Słownik języka polskiego” z kolei powiada, że jest to „przykre uczucie spowodowane świadomością niewłaściwego postępowania, niewłaściwych słów itp., zwykle połączone z lękiem przed utratą dobrej opinii” [11]. By dopełnić ten zbiór definicji wymieńmy jeszcze Arystotelesa, który określa wstyd „rodzajem przykrości i niepokoju w związku z naszymi obecnymi, byłymi lub zamierzonymi występkami, które, jak się nam wydaje, prowadzą do naszego zniesławienia” [12]. Jaka istotna cecha wstydu wyłania się z tych określeń? Scharakteryzował ją Józef Tischner w „Filozofii dramatu”. To tam rozważa bowiem kwestię dialogiczności wstydu, jego znakowości:

Wstydząc się, wstydzimy się czegoś wobec kogoś.[…] Wstyd innego na mój widok jest formą dialogu ze mną, jest mową, której istotą jest odmowa. Wstyd spełnia rolę zasłony […] Wstyd zawiera wskazówkę, że istnieje coś takiego, co drugi uważa za osobistą wartość, co jednak jest tak kruche, a może i tak dwuznaczne, że może zginąć od spojrzenia. […] wstyd jest także bólem – bólem konieczności skrywania [13].

Powyższe konstatacje utwierdzają w przekonaniu, że filozoficzna świadomość Herberta w ogromnej mierze kształtuje jego poetycką refleksję. A w filozofii i psychologii zagadnienie wstydu jawi się wyraźnie jako dwuaspektowe, ponieważ z jednej strony jest to psychologiczne przeżycie indywidualne i zupełnie subiektywne, a z drugiej – fakt kulturowy. Utwór Herberta doskonale łączy oba aspekty, przy czym – idąc za tradycją fenomenologiczną – odbiera uczucie wstydu jako emocję w gruncie rzeczy pozytywną [14].

Biedne tajemnice ciała

W takim filozoficznym kontekście wiersz Herberta wychodzi poza osobiste wyznanie, niczego nie tracąc ze swej elegijności. Przeczytajmy:

Kiedy byłem bardzo chory opuścił mnie wstyd
bez sprzeciwu odsłaniałem obcym rękom wydawałem obcym oczom
biedne tajemnice mego ciała

Wkraczali we mnie ostro powiększając poniżenie

Mój profesor medycyny sądowej staruszek Mancewicz
kiedy wyławiał z sadzawki formaliny zwłoki samobójcy
schylał się nad nim jakby chciał go przeprosić
a potem sprawnym ruchem otwierał wspaniały torax
zamilkłą bazylikę oddechu

delikatnie prawie czule

Dlatego – wierny zmarłym szanujący popiół – rozumiem
gniew księżniczki greckiej jej zaciekły opór
miała rację – brat zasłużył na godny pochówek

całun ziemi troskliwie zasunięty
na oczy.

“Wstyd” (R) to wiersz senilny, napisany przez poetę-starca, utwór z wyraźnym wątkiem osobistym, naznaczony tematyką choroby i niemocy. Wcześniej Herbert skupiał się na innych, współczuł ich cierpieniu, ale nadszedł moment, gdy osobiste doznania stały się nie do ominięcia. W ten sposób powstał tom „Rovigo”, w którym znalazł się cytowany wiersz. Gdyby Herbert milczał, „Elegia na odejście” byłaby testamentem doskonałym, stwierdza Mateusz Werner [15]. Istotnie, głosiciel norm moralnych, „stróż brata swego” [16] nakreślił w „Elegii…” swój konterfekt ściśle przystający do portretu, jaki wyłania się z całej wcześniejszej jego twórczości. „Rovigo” zaś, mocno osadzone w tematyce aksjologicznej, pozostaje jednocześnie pełne bólu i goryczy. Zwłaszcza tytułowy wiersz, stanowiący kodę całego zbioru, jest symbolem najzwyczajniejszego cierpienia, smutku przemijania i okrucieństwa nieuwagi, jaką obdarowujemy bliźnich. To właśnie w tym tomie Herbert najmocniej odsłania się jako żywy człowiek, człowiek boleśnie szczery [17]. To uderzające, że „Wstyd” doskonale wpisuje się w nastrój całego tomu, jednocześnie pozostając osobnym. Pojawia się bowiem – unikany wcześniej – problem fizjologicznego starzenia się, cierpienia i umierania, a silnie wybrzmiewa ton osobisty, także skargi. Ale czy podmiot zupełnie rezygnuje z roli sędziego i moralisty, a staje się jedynie człowiekiem chorym, wsłuchującym się w „biedne tajemnice ciała”? – To już kwestia mocno dyskusyjna.

Na początku zatrzymajmy się nad samą formą utworu – elegijne wyznanie, spowiedź. To gatunek wewnętrznie zdynamizowany, odzwierciedla duchową transformację postaci, ale także pozwala uwypuklić indywidualizm autora. Dzięki takiej formie akcent może zostać położony na dynamikę wewnętrznego rozwoju człowieka. W pewien sposób literatura konfesyjna jest historią ludzkiej psychiki. To forma autoanalizy, krytycznego spojrzenia na siebie i innych. Doznanie zaniku wstydu jest emocją, ale dalsze jego konotacje uzyskują już wymiar egzystencjalny – wstyd dotyczy bowiem relacji międzyosobowych i kulturowych. Te rozmyślania na temat wstydu są jednocześnie wejrzeniem w głąb człowieka, zrozumieniem jego stosunku do wartości we współczesnym świecie, dla którego zjawisko wstydliwości nie jest już jednoznaczne i obowiązujące kulturowo.

Wiersz rozpoczyna osobiste wyznanie: „kiedy byłem bardzo chory opuścił mnie wstyd”. To, co człowiekowi przyrodzone, co odgrywa rolę prasumienia, jak chce Scheler, odchodzi. W rozumieniu św. Tomasza pozbywając się wstydu podmiot liryczny godzi się na zaistnienie w swoim życiu czegoś brzydkiego. Czego w tym wypadku? – Nieestetycznego, chorego i bezradnego ciała. Odsłonięcie „biednego ciała pełnego tajemnic” jest chwilą pewnego przymuszonego przyzwolenia na ingerencję „obcych rąk” i „obcych oczu”. Podmiot odsłania ciało tak, jak odsłania się obraz bądź zasłonę. Wybór akurat tego czasownika na określenie odarcia ciała z tajemnicy jest naprawdę wart uwagi. W kulturze polskiej rolę ochrony przed wstydem stanowiły między innymi właśnie przegroda, ściana, zasłona, parawan lub drzwi [18] . Podmiot odsłaniając się pozbawia się wstydu, a ujawnia swoją nagość, którą rozumieć trzeba raczej jako odarcie z podmiotowości, ingerencję w sacrum. Mimo że owo odsłonięcie dokonuje się bez sprzeciwu, to użyty dwukrotnie przymiotnik „obcy” na określenie tych, którym to ciało się oddaje, każe domyślać się raczej wewnętrznego dramatu podmiotu. Człowiek zostaje przecież urzeczowiony, sprowadzony do pozycji przedmiotu badań.

Granica ludzkiej godności jest stopniowo i konsekwentnie przekraczana. Z powodu choroby możliwość działania herbertowskiego bohatera jest ograniczona, możliwość wyboru również zostaje zawieszona („bez sprzeciwu”). Następuje bolesna inwazja w ciało ludzkie: „wkraczali we mnie ostro powiększając poniżenie”. Agresywność tego wtargnięcia wzmacnia fakt, że wers ten stanowi wyraźną linię delimitacyjną pierwszej strofy. Scheler twierdził, że wstyd broni jestestwa i prawa [do] (…) intymnego Ja oraz [do] jego nietykalności przez osąd publiczny [19] i ten sposób myślenia zdaje się podzielać Herbert. Ciało ludzkie zostaje zdesakralizowane. Traci także to, co tak ukochali Grecy – piękno. Jedynym sposobem na zniwelowanie poczucia poniżenia byłoby potraktowanie ciała z należytym mu szacunkiem. O szacunku Poety dla ludzkiego ciała zapewnia cała jego twórczość, wydobywa on zmarłych z zakamarków ludzkiej pamięci i oddaje im pokłon. Herbertowski bohater stara się zatem być reprezentantem umarłych [20]. Ów gest odsłonięcia „tajemnic ciała” stoi w pewnym konflikcie z dotychczas deklarowanym poszanowaniem tajemnicy [21]. Konflikt jest tylko pozorny, ten gest ma bowiem istotną motywację – doświadczając doznań granicznych: cierpienia, starości i choroby – podmiot dąży do zrozumienia, po co właśnie dokonuje się to odsłonięcie. Doskonale rozumiał to Jan Paweł II. Pisał on w „Mężczyzną i kobietą stworzył ich”, że w przeżyciu wstydu człowiek doświadcza lęku o własne „ja” [22]. Rozmyślając nad wstydem można głębiej wniknąć w człowieka, można dowiedzieć się o nim czegoś nowego, także o świecie wartości w którym żyje. Taki właśnie jest cel Herbertowskiego bohatera.

Sakralna godność ciała

Egzystencjalno-filozoficzny ton wiersza uwidacznia się coraz mocniej. Powtórzę raz jeszcze – podmiot wyzbywa się wstydu. Dlaczego? Według Karola Wojtyły to właśnie wstyd zabezpiecza człowieka przed traktowaniem go jako wyłącznie ciała, osłania osobę w człowieku. Jest tak od upadku człowieka, czytamy bowiem w Księdze Rodzaju „byli nadzy i nie odczuwali nawzajem wstydu” (Rdz. 2, 25) oraz „i poznali, że są nadzy, spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski” (Rdz 3, 7). Dla Jana Pawła II te dwa cytaty są ważnym zapisem egzystencjalnego doświadczenia, ponieważ najpełniej oddają sens nagości, jako tego, co stanowi o naszej wyjątkowości, niepowtarzalności, indywidualności. Człowiek w pierwotnej szczęśliwości nie znał wstydu, ponieważ przeżywał swe istnienie bez lęku przed drugim człowiekiem i był w stanie darować samego siebie drugiej osobie. Tym jest właśnie „oblubieńczy sens ciała”. Po upadku nastąpiło pękniecie, które rozbiło duchowo-cielesną integralność człowieczą i w tym miejscu pojawił się właśnie wstyd [23]. Czy rozumując w ten sposób nie uzyskujemy pełniejszego obrazu tego, co mówi do nas Herbert w pierwszej strofie? Czyż jego bohater nie zostaje właśnie sprowadzony tylko do ciała? Czy nie staje się nagi w sensie biblijnym, ale już w świecie „po upadku”? Może zatem fraza „opuścił mnie wstyd” oznacza, że chce on powrócić do duchowo-cielesnej integralności? Te zawieszone pytania znajdą swe dopełnienie w drugiej strofie.

W sposób subtelny wprowadza ona bowiem tematykę życia i śmierci. Implikuje ją już sformułowanie „medycyna sądowa”. Profesor tej specjalności medycznej zajmującej się zagadnieniami życia i śmierci w świetle prawa, staje się tą postacią, dzięki której rozwija się zasadnicza refleksja utworu. Myśl o odczuwanym poniżeniu wywołuje wspomnienie „staruszka Mancewicza” [24], człowieka z przeszłości. Chodzi zapewne o Eugeniusza Mancewicza, kierownika prosektorium na Uniwersytecie Stefana Batorego, a później profesora na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu; człowieka, który – według wspomnienia poety – znał wartość ciała. Przed sekcją pochylał się nad ciałem prawie w geście pokłonu, co więcej zdawał się wręcz je „przepraszać”. Czynności rutynowe nabierają zatem charakteru rytuału:

sprawnym ruchem otwierał wspaniały torax
zamilkłą bazylikę oddechu
delikatnie prawie czule

– czytamy. Ludzkie ciało zostaje uwznioślone: łaciński torax – zamiast zwykłej klatki piersiowej, „zamilkła bazylika oddechu” – zamiast martwego ciała. Wydzielony graficznie wers „delikatnie prawie czule” staje w kontraście do poprzedniego „wkraczali we mnie ostro powiększając poniżenie”. Te dwie ramy delimitacyjne budują opozycje „życie-śmierć” „bezwstyd-szacunek”, „poniżenie-delikatność”. Bazylika – człowiek, który traci oddech, traci również słowo, wartość, staje się pusty.

Trzecia strofa przenosi refleksję na poziom uniwersalny. Tragiczna historia Antygony zostaje przywołana jako exemplum szacunku dla czyjegoś ciała. Wbrew potocznej, szkolnej interpretacji, jest to postać niejednoznaczna. Bądź co bądź księżniczka walczyła o godność zwłok zdrajcy! Słuszność nie jest tak jasno po jej stronie, ponieważ domaga się ona złożenia ciała Polinejkesa w ojczystej ziemi, którą zdradził i najechał. A odmowa pochówku w rodzinnej ziemi była symbolicznym, a ostatecznym sposobem wygnania z kraju [25]. Kara dla zdrajcy nabierała wymiaru transcendentnego.

Antygona jest niewątpliwie postacią cierpiącą z powodu konieczności wyboru między słusznymi racjami: politycznymi i transcendentnymi. W utworach Herberta takie postaci – cierpiące – są szczególnie piękne. Ból prowadzi bowiem do indywidualnej wielkości [26] . Ze strofy przebija jednak przekonanie, że żywi winni są zmarłemu ostatnią posługę, uświęconą tradycją i wszelkimi rytualnymi zachowaniami bez względu na jego doczesną przeszłość. Liryczne dookreślenie samego siebie „wierny zmarłym szanujący popiół” jest jednocześnie opowiedzeniem się po stronie greckiej księżniczki. Herbert tym samym powiada: „Rozumiem Antygonę, bo była wierna sobie i swoim przekonaniom, rozumiem Antygonę, bo sam najwyżej cenię człowieka, także godność jego ciała; wreszcie – rozumiem Antygonę, gdyż jej czyn stanowi o jej wielkości, a równocześnie wynika z powinności człowieka wobec bogów (a więc transcendencji). To, że sam poznałem wstyd, ten somatyczny (pierwsza część wiersza) pozwala mi głębiej zrozumieć i mocniej odczuć wstyd za innych (trzecia część), za tych, którzy nie potrafią powtórzyć czynu Antygony”. Jej postawa, a także cierpienie podmiotu lirycznego powiązane są wspólnotą współodczuwania.

Jednocześnie, przywołanie postaci Antygony rozbudzić ma w czytelniku świadomość dylematów moralnych. We „Wstydzie” nie znajdziemy gotowych odpowiedzi. Podmiot liryczny mówi „rozumiem”, ale nie jest to nachalne narzucenie własnego systemu wartości, lecz zaledwie sugestia. Herbert jest po prostu głęboko przekonany o sensowności takiej postawy i chce, by czytelnik również dokonywał osądów w sposób świadomy i odpowiedzialny; by rozumiał. Warto przypomnieć, że dla Herberta historia i mitologia jest zbiorem wzorcowych doświadczeń, dzięki którym może całościowo myśleć o sensie egzystencji. Dzięki współczuciu i czułości ma poczucie współczłowieczeństwa. Tradycję poddaje krytycznej refleksji, przy tym wierzy jednak w uczącą moc przykładów z czasów dawnych [27]. Jak sam mówił: „Istnieje nieskończona możliwość ponawiania starych tematów”, przy czym zaznaczał: „Tradycja nie jest ucieczką w przeszłość, nigdy nie była ucieczką. Przede wszystkim jest to bardzo ciężkie zdobywanie” [28].

Pozostaje jeszcze kwestia wygłosu wiersza: „całun ziemi troskliwie zasunięty / na oczy”. Uderzająca jest ta opozycja „odsłonięcia tajemnic ciała” i „zasunięcia całunu ziemi”. W momencie przejścia człowieka od życia ku śmierci ziemia staje się naszym kirem. Tak jak Grecy owijali całunem zmarłe ciało, tak u Herberta przesłonięte zostają oczy. Matka-Ziemia staje się rodzajem tkliwej zasłony oddzielającej dwa światy, a zarazem ostateczną gwarantką skrytości naszego indywidualnego ja.

 

orna

 

PRZYPISY:

[1] Wszystkie cytaty biblijne: „Biblia Tysiąclecia”, wyd. Palottinum, Poznań- Warszawa 1971.

[2] Św. Tomasz z Akwinu, „Summa Theologiae”, II-IV, q. 144.

[3] Ks. M. Mróz, „«De verecundia», czyli o kwestii wstydu widzianej oczyma św. Tomasza z Akwinu”. W: „Wstyd i nagość” pod red. M. Grabowskiego, Toruń 2003s. 187.

cranach
Lucas St. Cranach Ur. 1472 w Kronach, Zm. 16 października 1553 w Weimarze. – Adam i Ewa
Ten utwór nie jest objęty majątkowym prawem autorskim i znajduje się w domenie publicznej, co oznacza że możesz go swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać. Udostępnione na licencji Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0.
Zasób opracowany na podstawie: Muzeum Narodowe w Warszawie
Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonna przez Muzeum Narodowe w Warszawie z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów MN w Warszawie. Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach Programu Narodowego Centrum Kultury – Kultura Interwencje.

[4] Św. Tomasz z Akwinu, op. cit., II-II, q. 144, a. 1c.

[5] V. Arystoteles, „Etyka nikomachejska”. Ks. IV, Warszawa 1982, s. 166-167.

[6] M. Scheler, „O wstydzie i poczuciu wstydu”. W: „Wstyd i nagość”. s. 20.

[7] Ibidem, s. 23-24.

[8] Ibidem, s. 36-40.

[9] E. Kosowska, „Wstyd. Konotacje antropologiczne. W: Wstyd w kulturze. Zarys problematyki”. pod red. E. Kosowskiej, Katowice 1998, s. 54.

[10] R. S. Miller, „Niepewność i zakłopotanie”. Gdańsk 2000, s. 33.

[11] „Słownik języka polskiego”. pod red. M. Szymczak, T. 3, Warszawa 1985, s. 773.

[12] Arystoteles, „Retoryka. Ks. II”. W: Idem, „Retoryka. Poetyka”. Warszawa 1988, 1383 b 10.

[13] J. Tischner, „Filozofia dramatu”. Paris 1990, s. 59-61.

[14] Tak jest u Schelera, Wojtyły, Tischnera.

[15] M. Werner, „Rovigo. Portret na pożegnanie”. W: „Poznawanie Herberta”. Wybór i wstęp: A. Franaszek, Kraków 1998, s. 222.

[16] Ten wątek omawia Józef Maria Ruszar w swojej książce: „Stróż brata swego. Zasada odpowiedzialności w liryce Z. Herberta”, Lublin 2004.

[17] V. D. Zawistowska-Toczek, „Stary poeta. Ars moriendi w późnej twórczości Zbigniewa Herberta”. Lublin 2008.

[18] V. E. Jaworski, „Wstyd jako kategoria typologiczna”. W: „Wstyd w kulturze”. s. 40.

[19] M. Scheler, op.cit. s. 43.

[20] A. Franaszek, „Róża w czarnych włosach”. W: „Na głos” 1995, nr 21, s. 58- 74.

[21] P. Czapliński, „Śmierć, czyli o niedoskonałości”. W: „Poznawanie Herberta”, s. 167.

[22] Jan Paweł II, „Mężczyzną i kobietą stworzył ich”. Liberia Editrice Vaticana 1986, s. 49-50.

[23] M. Grabowski, „Symbol „nagości” w historii upadku: fragment «Antropologii adekwatnej»”. W: „Wstyd i nagość”, s. 222.

[24] Niezwykle pouczające były zabiegi ustalenia kim był wspominany Mancewicz. Na jeden z tropów nakierował mnie „Informator lekarski ziem północno-wschodnich” [ pbc.gda.pl; dostęp online z dn. 28.10. 2014 ], w którym wymieniony zostaje Eugeniusz Mancewicz, najpierw asystent w Zakładzie Anatomii Opisowej, potem adiunkt, a w końcu kierownik Katedry Stomatologicznej Uniwersytetu Wileńskiego. W broszurze z okazji 50-lecie istnienia UMK pt. „Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Wspomnienia pracowników” [ www.kpbc.ukw.edu.pl/dlibra, dostęp online z dn. 05.11. 2014 ], w części dotyczącej historyka Leonida Żytkowicza znalazłam informację, że Mancewicz był również kierownikiem prosektorium USB, ponieważ drugą jego specjalnością była anatomia. 12 maja 1945 panowie spotkali się w wagonie pociągu z Wilna do Polski i to Mancewicz przekonał Żytkowicza, by udał się z nim do Torunia, gdzie powstawał wtedy uniwersytet. Istotnie, w „Powstaniu i pierwszych dziesięciu latach istnienia UMK 1945-1956. Wybór źródeł” [ kpbc.ukw.edu.pl/dlibra; dostęp online z dn. 05.11. 2014 ], a konkretnie w sprawozdaniu Szczepana Szczeniowskiego, wizytatora z ramienia Sekcji Organizacji Szkolnictwa Wyższego Rady Głównej, z wizytacji UMK dn. 23-24. 03.1948 pojawia się informacja, że wykłady z medycyny sądowej prowadził dr. med. Eugeniusz Mancewicz. Jego nazwisko mogło zostać wymienione w utworze Herberta ze względu na ogromną elitarność, prestiż zarówno ośrodka wileńskiego jak i toruńskiego w tamtym czasie. Kontowałoby ono najwyższe wartości i w tym sensie wpisywało w przesłanie strofy.

[25] Co ciekawe Herbert również nie został pochowany w grobowcu rodzinnym na Cmentarzu Łyczakowskim, a na Cmentarzu Powązkowskim. „Exulowie wszystkich czasów / wiedzą jaka to cena” („Dlaczego klasycy”, N).

[26] V. K. Dybciak, „Ocalenie wartości. Epistemologia i aksjologia dziele Zbigniewa Herberta”. W: Idem, „Trudne spotkanie. Literatura polska XX wieku wobec religii”. Kraków 2005, s. 181.

[27] V. J. Poradecki, „Arytmetyka współczucia. Przesłanie moralne poezji Zbigniewa Herberta”. W: Idem, „Prorocy i sztukmistrze. Eseje o poezji polskiej XX wieku”. Łódź 1999, s. 211.

Zeszyty Literackie 1 (73) 2001 Spis treści
Zeszyty Literackie 1 (73) 2001

[28] A. Babuchowski, „«Labirynt nad morzem». Rozmowa ze Zbigniewem Herbertem”. W: „Zeszyty Literackie” nr 73, z. 1, 2001, s. 118.

 

orna