Herbert Lekcja łaciny 10

Józef Maria Ruszar

Lekcja łaciny Zbigniewa Herberta

cz. 10

Rozdział 5
Jak owad w bursztynie.
Rzym, człowiek i czas

slonce
Józef Maria Ruszar, Słońce republiki. Cywilizacja rzymska w twórczości Zbigniewa Herberta, JMR Trans-Atlantyk, Kraków 2014

Mimo pewnych cech stylistycznych zbieżnych z romantyzmem i postawy częściowo zgodnej z manifestami neoklasyków, o czym była mowa w poprzedniej części, Herbert pielgrzymuje do zasadniczo innego Rzymu niż XIX-wieczni poeci, a jego odpowiedź na modernizm różni się od wersji nowoczesnego klasycyzmu, proponowanej przez kolegów. „Lekcja łaciny” oraz wiersze autora „Przemian Liwiusza” borykają się z bardziej skomplikowanymi problemami czasu, spójnego cogito, ocalenia w historii, ciągłości cywilizacji – ponieważ dla poety najważniejsza jest rzeczywistość cała, a nie okrojona do jakiegoś wybranego aspektu, na przykład kultury.

Obojętność człowieka i porzucenie przez niego tradycji, a nie obojętność przyrody, są największym zagrożeniem dla wzorców cywilizacji – powiada Herbert i nie podziela optymizmu Rymkiewicza, który „oswaja” i „zaklina” czas, pozwalając zamknąć Rzym w Wiecznym Teraz Mitu. Istnieje, oczywiście, spore podobieństwo, ponieważ także dla Herberta sztuka jest metodą przezwyciężania destrukcyjnego przemijania. Ale jest to gest tragiczny (jak u Szekspira), bo w twórczości Herberta prawdziwy, ludzki czas związany jest z życiem, a wieczność – ze śmiercią.

FUNKCJA CZASU. Czas, jak już była o tym mowa, jest dla romantyków, a także dla Rymkiewicza, przede wszystkim siewcą zniszczenia i przyczyną przemijania [1]. Tak jest w wierszu Krasińskiego „Jak anioł spadły, leżący w piękności” [2], gdzie niepodzielnym panem świata jest czas, który króluje nad jednostkami i ludami:

799px-Piranesi-17010Pałace dumnych, w żółty piasek wryte,
Kościoły bogów, na szczątki rozbite,
Zielonym bluszczu całunem owite!
[…]
Czas poćwiartował posągi cezarów,
Czas zmienił Forum na błotnisty parów,
Gdzie zaspy gruzów piętrzą się warstwami.

Jedynym żywym elementem w krajobrazie jest zielony bluszcz i żółty piasek. Zauważmy jednak, że „kolor nadziei” charakteryzuje nie ludzką otuchę wobec nieuchronnego przemijania, lecz symbolizuje wieczną potęgę przyrody, a żółty piasek ewokuje martwotę. Ten motyw przejął polski neoklasycyzm. Małgorzata Mikołajczak pisze: „Tak jak poetę romantycznego, współczesnego klasyka fascynuje czas i śmierć. To ona, wraz z nieodłącznym motywem przemijania, jest żywiołem, który króluje w jego poezji. Neoklasycyzm to – w gruncie rzeczy – jeszcze jeden pseudonim romantycznej obsesji utrwalania, współczesna wersja wstrzymania czasu” [3]. Romantyczna wiara w możliwość zwycięskiej walki z czasem jest dla autora „Pana Cogito” niemożliwa. Paradoksalnie w twórczości Herberta „uwiecznienie” pojawia się jedynie przez usunięcie z realnego życia, jak w wierszu „Fotografia” (ROM) [4]:

mój mały mój Izaaku pochyl głowę
to tylko chwila bólu a potem będziesz
czym tylko chcesz – jaskółką lilią polną
więc muszę przelać twoją krew mój mały
abyś pozostał niewinny w letniej błyskawicy
już na zawsze bezpieczny jak owad w bursztynie
piękny jak ocalała w węglu katedra paproci.

Charakterystyczne jest przywołanie fotografii w kontekście „nierzeczywistości” obrazu nocnego Forum Romanum oraz pojawienie się słowa „odrąbanie” (jak w wierszu „Mona Liza”, którego bohaterka jest „od mięsa życia odrąbana”). Wieczność osiąga się za cenę bycia poza czasem, a więc nigdzie, jak w prozie „Czas” (EB), gdzie znów pojawia się porównanie:

oto żyję w różnych czasach, jak owad w bursztynie,
nieruchomy, a więc bez czasu, bowiem nieruchome są członki moje
i nie rzucam na ścianę cienia, cały w jaskini, jak w bursztynie,
nieruchomy, a więc nie istniejący.

Czas jest u Herberta bardziej skomplikowany niż u klasyków, romantyków czy dwudziestowiecznych neoklasyków. Dla nich jest przede wszystkim czynnikiem śmiercionośnym, co zresztą jest nawiązaniem (zwłaszcza u Słowackiego czy Rymkiewicza) do wcześniejszych barokowych konceptów. Nie negując tych funkcji, Herbert wzbogaca rozumienie czasu o dodatkowy, oryginalny element i czyni go także czynnikiem „życiodajnym”. W ten sposób powstaje ważna dla jego świata ambiwalencja.
Z jednej strony jest to wizja posiadająca niezwykłą, podwójnie tragiczną dynamikę: czas prowadzi do śmierci, ale jego brak także uśmierca! Nie ma życia bez czasu, a więc nie ma człowieka, jeśli czas zostaje unicestwiony. Ale – z drugiej strony – ta podwójna tragiczność czasu ocukrowana jest jego życiodajną mocą: radością życia. Stąd bierze się dziwna – i często niezrozumiana – Herbertowska wizja świata: tragiczna, ale pełna radości, wdzięczności i nadziei. Wieczność i dla klasyków, i dla romantyków miała wyraźnie pozytywną konotację, ale w świecie wykreowanym przez Herberta jest ona także śmiercią – unicestwieniem dotychczasowego ‘ja’. Stąd nikłe pocieszenie, jakie daje religia i jej obietnice, bowiem unieważnienie czasu w najbardziej nawet rajskiej wieczności jest równoznaczne z utratą własnej istoty. Człowiek istnieje tak długo, jak jego czas, a wymknięcie się jego szponom jest – wbrew nadziejom – zgubą, ponieważ umierający zamienia się w rzecz. Tym cenniejszy jest czas darowany [5].

„Fakt, iż w liryce Herberta czasowość jest wpisana w istotę człowieczeństwa, że jest uobecniana jako niezbywalny atrybut pełnowartościowego istnienia, nie oznacza, że podmiot tej poezji godzi się z czasem – bez walki” [6] – pisze Danuta Opacka-Walasek. To jeden z paradoksów egzystencjalnych człowieka w twórczości Herberta: czas jest mu wrogi, ale niezbędny do życia. I dlatego właśnie „Lepiej być skrzypieniem podłogi niż przeraźliwie przeźroczystą doskonałością” („Żeby tylko nie anioł”, SP), choć brzmi to na pierwszy rzut oka jak silenie się na dowcipne koncepty, skoro materialność „skrzypienia podłogi” jest przecież dość podejrzanej jakości. Oczywiście można przeżyć „chwile wieczności” już w tym życiu, ale jest to raczej poetyczny nastrój niż coś śmiertelnie poważnego. Tak wygląda wizja „wieczności” w Sienie podczas pełni księżyca na Il Campo [7]:

“Nad piazza del Campo – luna plena. Kształty tężeją. Między niebem a ziemią napięta struna. Taka chwila daje dojmujące uczucie zastygłej wieczności. Umilkną głosy. Powietrze zamieni się w szkło. Zostaniemy tak wszyscy utrwaleni: ja podnoszący szklankę wina do ust, dziewczyna w oknie poprawiająca włosy, staruszek sprzedający pod latarnią pocztówki, a także plac z ratuszem i Siena. Ziemia będzie krążyć ze mną, nieważnym eksponatem kosmicznego muzeum figur woskowych, którego nikt nie ogląda” („Siena”, BO 72).

20070827_204915_8677
Siena, Il Campo. Fot. J. M. Ruszar

Wielokrotnie dyskutowana kwestia „chrześcijańskości” (lub jej braku) eschatologii Herberta, a także religijności tej poezji, natrafia na tę właśnie aporię. Herbert dość nieufnie podchodzi do wszelkich pocieszeń, w tym także do pociechy życia pośmiertnego jako nagrody za uczciwe życie i w swym pesymizmie jest bliższy Grekom, w szczególności Homerowi, niż szczęśliwym wizjom raju Nowego Testamentu [8] . Zauważmy, że nikt nie jest świadkiem Wiecznego Teraz (a może nietzscheańskiego Wiecznego Powrotu?), wyobrażonego przy pełni księżyca.

ZAGROŻENIE NICOŚCIĄ. Śmierć jako unicestwienie w poezji Herberta przychodzi albo przez zniszczenie materii (ruina rzeczy lub człowieka), albo negację czasu (bezruch wieczności), albo zanik pamięci (zapomnienie). Forum Romanum jest „widmem” ze wszystkich trzech powodów: doszło do rozpadu materii (pozostały tylko ruiny), nastąpiło unicestwienie czasu przez zanik pierwotnych funkcji (obcujemy z martwotą miejsca – Forum już nie „żyje”) oraz doszło do amnezji kulturalnej, to jest zaniku pamięci zbiorowej [9]. Tylko temu trzeciemu atakowi nicości poeta może się realnie przeciwstawić i dlatego też pisze swój esej.

Zauważmy, że walka rozumu-uzurpatora ze współczującym sercem kierującym się wyobraźnią – tak mocno zaakcentowana w twórczości Herberta – jest pewną wersją sporu klasyków z romantykami. W tym konflikcie odczarowanego świata z pięknem wzniosłych emocji Herbert opowiada się zdecydowanie po stronie wyobraźni serca, wspomaganej przez ważnego sojusznika: kruchą pamięć – jedyną wieczność dostępną człowiekowi. Nie zapominajmy jednak, że Herbert przystępuje do walki już po zwycięstwie naukowego empiryzmu – pozytywistycznej, zracjonalizowanej wizji świata, której owocem był metafizyczny mechanicyzm. A więc musiał stawić czoła nie tyle sztuce wierzącej w rozum, ale całemu odczarowaniu rzeczywistości, czego przejawem są wizje świata obecne w dziełach współczesnej awangardy. Walczył więc nie tyle z innym stylem literackim i zawężonym przez współczesność Europy pojęciem rozumu, ile z procesem spłaszczenia i zawężenia całej wizji rzeczywistości. Zwycięski scjentyzm – wrogi wszelkiej metafizyce – wywołał proces „odmitologizowania”, „odmistycznienia” i „odczarowania” cudowności świata, a w konsekwencji stawiał pod znakiem zapytania samo istnienie sztuki, poezji w szczególności. Hasła pierwszej połowy XX wieku od „słów na wolności” Marinettiego po „niemożności poezji po Auschwitz” Adorna [10] były tylko konsekwencją tryumfalnego wkroczenia Cesarstwa Empirii do Królestwa Sztuki.

Dziewiętnastowieczna bitwa rozumu z uczuciem prowadzona przez Śniadeckiego i Mickiewicza nie odbywała się jednak poza intelektem. Irracjonalizm romantyzmu nie stał w sprzeczności z głębokością wykształcenia i subtelnym intelektualizmem. Przeciwnie, pozwalał ogarnąć świat, „który wypadł z zawiasów”, bez naiwnej wiary w przedustawny porządek i ład. Herbert przyjmuje „rolę płaczki” po zabitym świecie. Nie czyni tego bez zastrzeżeń i oporów, bo musi się przebić przez patriotyczny stereotyp, który zabija poezję, oraz poszukać własnego głosu „opłakującej Elektry”. W świecie Herberta istnieje stopniowalność śmierci! – do fizycznego zgonu można „dodać” zapomnienie. I przeciwnie: „zmarli przedłużają swoje istnienie w pamięci żywych” – jak konstatuje Wojciech Ligęza [11]. Stąd waga „linii wierności”, która w skali polskiej dotyczy ofiar brunatnego i czerwonego terroru, a w skali świata – cywilizacji zmiecionych fizycznie przez barbarię, a mentalnie przez kolejne odmiany awangardy.

Widok upadku Rzymu, opis jego ruin, to wyśmienity impuls do przedstawienia swego stosunku do czasu i przemijania zarówno w wymiarze egzystencjalnym, jak w rozważaniach na temat wzrostu i upadku cywilizacji. Przemijalność ludzi – „liści jednodniowych”, jak powiedziałby Homer – i upadek cywilizacji są niewyczerpanym źródłem melancholii w wierszach i esejach Herberta [12]. Topos ruin Wiecznego Miasta (jaki wspaniały oksymoron!), obecny w literaturze od czasów średniowiecza i renesansu, ma tę przewagę nad innymi (np. rozmyślania z Knossos czy z Etrurii), że daje spory materiał do porównań z dziedziny poetyki. Tu zresztą istnieje możliwość porozumienia, czy też punkt wspólny między Rymkiewiczem a Herbertem – jest nim ton elegijny [13] . Bo czyż sonetowa forma „Epitafium dla Rzymu” nie modeluje elegijności wiersza? Czy napięcie stworzone między „romantyczną” sytuacją liryczną a poszukiwaniem dystansu nie ma w tym aspekcie istotnego znaczenia? Wydaje się, że jest to skuteczna strategia poetycka.

Rzym Forum Romanum dwa_2
Rzym. Forum Romanum. Fot. J. M. Ruszar

PRZYPISY:

[1] Nie wydaje się, by miała być to cecha wyłącznie romantyczna, jak zdają się sugerować badacze tego okresu. W takiej funkcji występuje już od czasów Homera, a późniejsze epoki – jak renesans czy barok – były równie jak romantyzm przepojone uczuciem przerażenia czasem. Oryginalność poetów tej epoki polegała tutaj na szczególnie intensywnym poszukiwaniu dróg ucieczki z pułapki czasowości.

[2] Zygmunt Krasiński, „Jak anioł spadły, leżący w piękności”[w:] „Dzieła literackie”, t. I, dz. cyt., s. 19–20. Na temat znaczenia ruin w historiozofii Krasińskiego zob. G. Królikiewicz, „Terytorium ruin. Ruina jako obraz i temat romantyczny”, Kraków 1993, s. 102–118. Dodajmy tylko, że wiersz ten jest również krytyczny pod adresem ówczesnego Kościoła, który popadając w pychę, na poziomie moralnym nie przewyższał etycznej nędzy rzymskiego imperium. W tym sensie czas staje się także panem wiecznego Kościoła (tj. jego doczesności).

[3] M. Mikołajczak, „Rzym neoklasycystyczny Jarosława Marka Rymkiewicza w kontekście wiersza „Rzym” Juliusza Słowackiego”, dz. cyt., s. 320.

[4] Na temat funkcji fotografii w poezji Herberta (i innych poetów polskich XX wieku) pisze Iwona Grabska w pracy „Prawda. Czas. Pamięć. Fotografia w poezji polskiej XX wieku”, UJ 2008, maszynopis (praca magisterska napisana pod kierunkiem W. Ligęzy). O skomplikowanym użyciu wielu czasów jednocześnie w wierszu „Fotografia” por. I. Grabska, „Paradoks zmaterializowany. Fotografia w twórczości Z. Herberta” [w:]
Patrzeć aż do zawrotu głowy. Zbigniew Herbert wobec źródeł europejskiej cywilizacji” (szkice i album), red. J.M. Ruszar (w przygotowaniu).

[5] Por. wiersze: „Śmierć pospolita” (N), „Pan Cogito obserwuje zmarłego przyjaciela” (PC),
Przeczucia eschatologiczne Pana Cogito” (ROM).

[6] Ambiwalentny stosunek Herberta do czasu analizowała Danuta Opacka-Walasek w szkicu „O „nieprzerwanym szumie ogromnej klepsydry”. Obrazy czasu w poezji Zbigniewa Herberta” [w:] „Portret z początku wieku. Twórczość Zbigniewa Herberta – kontynuacje i rewizje”, studia pod red. W. Ligęzy przy współudziale M. Cichej, Lublin 2005, Biblioteka Pana Cogito, s. 117.

20070827_210140_8683
Siena. Restauracje na il Campo. Fot. J. M. Ruszar

[7] Zauważmy, że poetycki nastrój został wprowadzony po burleskowej scenie z właścicielką pizzerii, zachwyconej molto gentile e intelligente Polacco, który spałaszował trzy pizze, a na dodatek nałgał, że w Polsce nie ma rozwodów. Oto standardowe w romantyzmie zmiany nastrojów i mieszanie gatunków. Czy można ten fragment uznać za potraktowanie na serio idei Wiecznego Teraz Kultury i zestawić z fragmentem książki Ryszarda Przybylskiego? Porównajmy: „W porządek mityczny wprowadza poetę kultura, która wznosi go ponad czas historyczny i użycza schronienia w wiecznie zielonej krainie snu i pamięci, gdzie nie dogonią go już «białe charty czasu»” (R. Przybylski, „To jest klasycyzm”, dz. cyt., s. 22).

[8] Postawa Herberta sięga do greckich pokładów religijności. Oto, co „boski” Achilles ma do powiedzenia Odysowi podczas odwiedzin w Hadesie (Homer, „Odysea”, pieśń XI, w. 499–502, tłum. L. Siemieński, wstęp. Z. Abramowiczówna, objaśnienia J. Łanowski, BN seria II, nr 21, wydanie 11, 2003):
– Odysie! Ty chcesz w śmierci znaleźć mi pociechę?
Wolałbym do dzierżawcy iść pod biedną strzechę
Na parobka, i w roli grzebać z ciężkim znojem,
Niż tu panować nad tym cieniów marnych rojem!

[9] Sytuacja jest jak w wierszu „Cmentarz warszawski” (SŚ), gdzie:

przed najazdem żywych
umarli schodzą głębiej
niżej,

choć sytuacja nie jest tak dramatyczna:

a na powierzchni spokój
płyty wapno na pamięć,

ponieważ nie mamy do czynienia ze świadomą działalnością człowieka manipulującego świadomością, tylko zmarginalizowaniem, utratą przez porzucenie.

[10] Nie komentujmy zakłamania Adorna, który bał się dodać: „i Kołymie”, by nie zrównać totalitaryzmów, skoro tylko jeden miał być potępiony, a drugi był wzorem pozytywnym.

[11] W. Ligęza, „Elegie Zbigniewa Herberta” [w:] „Twórczość Zbigniewa Herberta”, studia pod. red. M. Woźniak-Łabieniec i J. Wiśniewskiego, Kraków 2001, s. 28.

[12] Glaukos w „Iliadzie” powiada: „Ród ludzki jest jak liście spadające z drzew” (Homer, „Iliada”, pieśń VI, w. 147–150).

[13] Najobszerniej na temat „stylu elegijnego” Herberta wypowiedział się Wojciech Ligęza (tenże, „Elegie Zbigniewa Herberta”, dz. cyt.), proponując zastąpienie nim określenia „styl melancholijny”, wprowadzonego wcześniej przez Krzysztofa Dybciaka (tenże, „W poszukiwaniu istoty i utraconych wartości” [w:] „Gry i katastrofy”, Warszawa 1980, s. 118).

20070827_212230_8690
Siena. Katedra nocą. Fot. J. M. Ruszar