in 05 Recenzje, omówienia, polemiki

Herbert i László Nagy

Herbert i László Nagy

(materiały uzupełniające do interpretacji wierszy)

Jesienią 2008 roku, z okazji Roku Herberta, w Budapeszcie odbyła się konferencja poświęcona Poecie [patrz post: Herbert w Budapeszcie]. Ze zrozumiałych względów istotnymi wierszami dla naszych “bratanków” są dwa wiersze: Węgrom, HPG oraz In memoriam Nagy László, ROM. Ten pierwszy wiersz przez wiele lat – z powodów cenzuralnych – nie posiadał tytułu w polskich wydaniach i tylko data wskazywała na Powstanie Węgierskie i polską solidarność z węgierskim narodem (pozbawiony tytułu wiersz możne być także interpretowany jako wypowiedź metafizyczna).

Stoimy na granicy
wyciągamy ręce
i wielki sznur z powietrza
wiążemy bracia dla was

z krzyku załamanego
z zaciśniętych pięści
odlewa się dzwon i serce
milczące na trwogę

proszą ranne kamienie
prosi woda zabita
stoimy na granicy
stoimy na granicy

stoimy na granicy
nazywanej rozsądkiem
i w pożar się patrzymy
i śmierć podziwiamy

1956

Drugi liryk, poświęcony tłumaczowi wierszy Herberta – stał się kanwą rozważań na temat własnej poezji i poezji w ogóle. Zachowało się ówczesne przemówienie Herberta, będące jednym z kilku wypowiedzi odautorskich, które można uznać za ars poetica:

„Ludzkość — czy może zbawić świat? To jest pytanie, które często mi zadawano. Ja uważam, że nie może, i nawet nie powinna się starać. Zbawienie ludzkości pozostawiam szarlatanom. Natomiast poezja powinna uczyć, skromnie uczyć paru cnót, starych cnót. Takich jak odwaga, jak miłość sprawiedliwości, także czułości do świata. To wszystko […] w tych właśnie małych naukach – „małych” w cudzysłowie – powtarzanych dla ludzkości, które zawarte są w różnych starych książkach, w dramacie Antygona, w Tristanie i Izoldzie, można odkryć to, co pomaga człowiekowi żyć. I to jest chyba funkcja literatury, to, co pomaga żyć godnie. Godnie. To nie są rewelacje, ale to jest moja opinia na ten temat czy [też] moje wyznanie wiary — nawet więcej niż opinia: moje wyznanie wiary. Ja bym przestrzegał, bo widziałem arogancję wielu artystów, którzy właśnie chcieli zbawić świat, chcieli zbawić ludzkość i to się dość smutno kończyło. Bądźmy skromni, ale nie ustawajmy w pracy nad tym małym zadaniem literatury, małym zadaniem poezji, to znaczy, żeby była , ona wehikułem pasji i cnoty. Tak mi się to zdaje. Starałem się nie mówić patetycznie, ale tak myślę po prostu”.

Z kontekstu wynika, że Herbert w tym miejscu przeczytał wiersz poświęcony swemu węgierskiemu tłumaczowi, który zmarł rok wcześniej:

In memoriam Nagy László

Romana powiedziała że właśnie Pan odszedł
tak zwykło się mówić o tych którzy zostają na zawsze
zazdroszczę Panu marmurowej twarzy

pomiędzy nami były sprawy czyste żadnego listu
wspomnień niczego co bawi oko
żadnych pierścieni dzbanów
ani lamentu kobiet
dlatego łatwiej uwierzyć w nagłe uniesienie
że jest Pan teraz jak Attila József
Mickiewicz lord Byron piękne widma
które zawsze przychodzą na umówione spotkanie

mój wdowi dotyk nie mógł się oswoić
drapieżna miłość konkretu domagała się ofiar
nie napełnialiśmy śmiechem martwego pokoju
nie oparliśmy łokci na szumiącym dębie stołu
nie piliśmy wina nie łamaliśmy losu
a przecież mieszkaliśmy razem
w hospicjum Krzyża i Róży

przestrzeń która nas dzieli jest jak całun
wieczorna mgła unosi się opada
szlachetni mają twarz wody i ziemi

nasze dalsze współżycie ułoży się zapewne
more geometrico — dwie proste równoległe
pozaziemska cierpliwość i nieludzka wierność

autorzy_leksykon_300x300_NagyNagy László, fot. WIKI

[…] “wiersz, który przeczytałem, był poświęcony pamięci poety, którego nie ma. Należy się zastanowić, co zostaje. Właśnie. Mnie się zdaje, że przybywa ludzkości gwiazda. Za każdym umierającym zostaje coś – na¬zwijmy to, to jest bardzo może wytarte porównanie – gwiazda, tzn. coś stałego, co będzie działało. Taka jest moja wiara i przypuszczenie. Ale czy ta strata nie jest ostateczna i absolutna? Nie wydaje mi się. Działanie poetów w czasie jest nieprzewidziane zupełnie, absolutnie nieprzewidziane i to jest ich potęga […].

Ci ludzie umarli w walce ze światem. Każdy bohater to jest temat tragedii, […] bo […] bohater w walce ze światem […] przegrywa; wiadomo. że świat jest silniejszy. To jest także dramat Hamleta, powiedzmy. I to zostanie [w przypadku poety Laszló Nagya]: i jego życie, i nie tylko jego wiersze, jego formalna strona poezji, ale i jego postać także zostanie […]

Wszechświat nas zwycięża; mamy świadomość własnego losu i z kim ważymy się walczyć. Z kim podejmujemy ten nierówny pojedynek — i to jest wielkie właśnie. Literatura węgierska, podobnie jak literatura polska, pełna jest takich przykładów i pełna jest takich późnych oddziaływań poetów, którzy według pragmatycznych założeń nie mieli żadnej szansy, żeby się utrzymać przy życiu żeby wyżywić własne ciało, i teraz żywią coś, co dumnie nazywa¬my narodem. Ja się bardzo wzruszam i już przestają gadać.
[…]
Interpretuje się tutaj moje wiersze. Nie pisałem ich całkiem po prostu. […] Całe moje życie było przez historię formowane bardziej niż przeze mnie. Powiedzmy, nie zmieniając miejsca zamieszkania, zmieniałem cztery razy obywatelstwo. To już jest dostatecznie dużo, zdaje się, jak na jedno życie. Nikt mnie nie pytał, czy chcę, czy nie chcę, tak się działo po pro¬stu, tak się stało, przyjmuję to jako pewne fatum historyczne, to nie był mój los tylko, ale los bardzo wielu ludzi. Chciałem zostać pożytecznym człowiekiem, np. obrońcą sądowym, pomagać ludziom, którzy nie potrafią bronić się, którzy szukają sprawiedliwości. Nie chciałem być natomiast nigdy prokuratorem. I to, zdaje się, zaciążyło trochę na mojej karierze prawniczej […].
Zacząłem pisać, bo to jest najłatwiejsza robota, do tego wiele mi nie potrzeba, tylko pióro i ołówek. Można to na dworcu robić, w więzieniu, w różnych dziwnych miejscach, w lesie, w kościele […]. Ale od początku wydawało mi się, że to, co mnie dotyka, nie jest takie ważne. Od początku szukałem porozumienia ze światem.
[…]
Nie lubię poezji. Bardzo wielki mam szacunek do symbolizmu francuskiego, Mallarmego itd., ale ta poezja kunsztowna, chce być tylko poezją, wyższa sama siebie, ze słów robi cienie słów, a z cieni robi cienie. Taka poezja mi nie odpowiadała nigdy. Chciałem inaczej formować. Czasami może mi się udało, nie wiem, dwa-trzy zdania — żeby one były ciepłe albo zimne, żeby były kamienne albo z drzewa, żeby miały swoją materię, dotykalną materię, tak jak wszechświat jest dotykalny i wszechświat istnieje. (Takie mam przypuszczenia ostatnio, że jednak wszechświat istnieje naprawdę, że nie jest tylko wydumaną rzeczą, wolą i wyobrażeniem tak jak mówi Schopenhauer). I to naprawdę było siłą, która, że tak się wyrażę, mną powodowała […].

Ale to jest chyba jakaś taka zasadnicza rzecz, że mnie naprzód porusza temat, temat, o czym ja chcę pisać. Kim był dla mnie Nagy Laszló, które¬go nigdy nie widziałem poza fotografiami i którego czytałem tylko przez kopie, tzn. przez język polski? Co nas łączyło? Zdefiniować ten stosunek, który może zdarzyć się nie tylko między mną, a tym znakomitym zmarłym poetą, ale także może zdarzyć się innym ludziom. Żeby znaleźć coś poza sobą.

To prowadzi do rzeczy, która dla mnie jest ważna, do czegoś, co powinno być naturą poezji – do uniwersalnego współczucia. Ja sam wymyśliłem ten termin albo gdzieś przeczytałem i zapomniałem, gdzie to przeczytałem, ale czuję się tak, jakbym sam go wymyślił. To jest właśnie to otworzenie się na świat, otworzenie się na świat w akcie miłości, w akcie współczucia, w akcie współdziałania. Przy wszystkich moich, oczywiście, potwornych brakach, zacieśnieniu […].

Mam okresy, w których nie mogę pisać — kiedy po prostu czuję się zacieśniony do własnego cierpienia czy do własnego bólu, czy własnej nie¬zgody. Wtedy przestaję pisać. Ale kiedy znajduję jakąś ścieżkę do świata, to staram się iść tą ścieżką. I tylko między czującym subiektem a nieogarnionym kosmosem czy obiektem istnieje ten dialog, który mnie interesuje. Nie przeczę, że inni mogą wypruwać z własnych wnętrzności świetne rzeczy, ale ja mam bardzo wulgarne wnętrzności i wulgarną duszę i nie potrafię wypruć niczego interesującego, muszę mieć kontakt, muszę mieć zderzenie z czymś, co jest konkretne”.

[Pełną wypowiedź Zbigniewa Herberta, zarejestrowaną w Budapeszcie w 1979, odtwarza na stronie www.zeszytyliterackie.pl dział: Nagrania. Fragmenty spisanego tekstu podaję za: Głosy Herberta, s. 182-4.]

Nietrudno zauważyć, że wypowiedź Herberta z 1979 roku, podobnie jak Dlaczego klasycy? Opisać rzeczywistość oraz Poeta wobec współczesności, należy do najważniejszych odautorskich komentarzy własnej twórczości. Wiersz poświęcony węgierskiemu koledze świetnie nadawał się jako punkt wyjścia do tego rodzaju rozważań.

László Nagy (1925-1978) – poeta, tłumacz i rysownik – chłop z pochodzenia, studiował malarstwo w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych i filozofię na uniwersytecie w Budapeszcie. Jako tłumacz zasłużył się przybliżeniu czytelnikowi węgierskiemu najwybitniejszych wierszy poezji polskiej (a także hiszpańskiej i bułgarskiej). Występująca w wierszu Romana to Romána Gimes – węgierska przyjaciółka Herberta, tłumaczka i znawczyni jego poezji.

[Na temat sesji w Budapeszcie w Roku Herberta czytaj osobny post: Herbert w Budapeszcie (dział: Recenzje, omówienia, polemiki)]