in 05 Recenzje, omówienia, polemiki

Ewa Nawrocka, Grecja Herberta

Ewa Nawrocka

Grecja Herberta

To pewne, gdyby Zbigniew Herbert nie był znakomitym poetą, byłby wielkim uczonym. Byłby? Poniekąd nim był, o czym świadczą trzy tomy jego esejów związanych z trzema podróżami: na południe Europy do Francji i Włoch (Barbarzyńca w ogrodzie, 1962), na północ Europy do Holandii, którą pięknie nazwał „królestwem rzeczy, wielkim księstwem przedmiotów” (Martwa natura z wędzidłem, 1993) i do kolebki kultury śródziemnomorskiej – do Grecji (Labirynt nad morzem, 2000). Realne podróże w przestrzeni „po miastach, muzeach i ruinach” były jednocześnie podróżami w czasie po minionych epokach – Barbarzyńca w ogrodzie głównie po średniowieczu, Martwa natura z wędzidłem po wieku siedemnastym, Labirynt nad morzem po starożytności.

Ale już ta pierwsza podróż w roku 1958 na południe Europy pozwoliła Herbertowi zanurzyć się w epokę młodszego paleolitu i w grotach Lascaux oglądać prehistoryczną sztukę malarstwa ściennego sprzed ponad piętnastu tysięcy lat. Odniósł wtedy wrażenie, że nie wkroczył do innego świata, że jest „obywatelem Ziemi, dziedzicem nie tylko Greków i Rzymian, ale prawie nieskończoności”. (Lascaux, BO 19). Z grot Lascaux wiodła droga ku świątyniom greckim i gotyckim witrażom. Kultura europejska jawiła się Herbertowi jako jedność i całość, w której człowiek współczesny może uczestniczyć z zachwytem i radością.

Paestum św Hery i Posejdona

Paestum, Świątynia Hery (Bazylika) i Posejdona, fot. JMR

W Barbarzyńcy w ogrodzie jest także trop grecki widoczny we Włoszech, będących dziedzicem nie tylko starożytnego Rzymu, ale i Wielkiej Grecji kolonizującej Italię od VIII do VI wieku przed nasza erą. Żywą obecność Greków w Italii odczuł Herbert w świątyni doryckiej w Paestum, wyobrażając sobie ofiarny mord byka przed ołtarzem świątyni, bynajmniej nie białej, ale w kolorach jaskrawej czerwieni, błękitu i ochry. Próbował tam zobaczyć Greków nie pozbawionych pasji i okrucieństwa. Odtąd piękno i okrucieństwo, zachwyt pełną chłodnego spokoju i wyrafinowania urodą dzieł sztuki i groza na myśl o barbarzyństwie ludzi epoki, która te dzieła powołała do istnienia będą tworzyły nierozerwalny splot w Herbertowym widzeniu świata i kultury.

Skupię się na świadectwie greckiej podróży, na ostatniej, wydanej już po śmierci autora, ale szczęśliwie przez niego samego opracowanej co do treści i układu książce Labirynt nad morzem. Większość zawartych w niej esejów była wcześniej drukowana w czasopismach: w „Twórczości”, „Poezji”, „Więzi”, „Odrze”, „Zeszytach Literackich”. Wersja książkowa nadaje im inny wymiar i sens, scalając w jedną całość dotąd rozproszone kamyczki mozaiki.

Paestum św Ateny

Paestum, Świątynia Ateny, fot. JMR

Choć książka o podróży do Grecji ukazała się drukiem jako ostatnia w szeregu podróżniczych książek Herberta, sama podróż grecka stanowi swoiste perpetuum mobile w europejskich perygrynacjach poety. Pierwszy raz był w Grecji około miesiąca od 5 września do 6 października 1964 roku w towarzystwie Magdaleny i Zbigniewa Czajkowskich, przyjaciół zamieszkałych w Anglii. Wspólnie zwiedzili: Ateny, Spartę, Mykeny, Korynt, Delfy, Epidauros, Sunion. Pokłosiem tej wyprawy stały się wiersze, apokryfy, małe utwory prozą, Diariusz grecki i częściowo eseje składające się na Labirynt nad morzem. Do Grecji wyjeżdżał poeta jeszcze parę razy, sam nie był w stanie określić pięć czy siedem, z idealną towarzyszką podróży – żoną Katarzyną, znoszącą z ofiarnością i spokojem nieopisane trudy wojażowania, a nawet biedę. Jej to zadedykował swoją ostatnią książkę. Ta podróż i wszystkie inne stały się kluczowym składnikiem edukacji humanistycznej i doświadczenia egzystencjalnego Herberta, który z pełną świadomością i determinacją podążał do źródeł kultury i cywilizacji europejskiej nie tylko powodowany przeświadczeniem, że trzeba to wszystko na własne oczy zobaczyć i w tym celu należy w pewne miejsca na ziemi koniecznie pojechać. Ale co więcej, podejrzewał, a podróże podejrzenia zamieniły w pewność, że istnieje nierozerwalny związek między krajobrazem a sztuką kraju, w tym krajobrazie tworzoną. Wiedział to dobrze już Johann Wolfgang Goethe pisząc słowa z upodobaniem cytowane przez Mickiewicza: „Wer den Dichter will verstehen, muss in Dichter’s Lande gehen“ [„Kto chce zrozumieć poetę, musi iść do kraju poety”]. Widać wiedzą to wszyscy poeci, wszyscy humaniści, którym nie wystarczą książkowe wiadomości i fotografie, reprodukcje i filmy, którzy muszą wszystko sami zobaczyć, doświadczyć, dotknąć, przeżyć i dopiero wtedy przemyśleć i zinterpretować.

Przyjrzyjmy się zatem strukturze Labiryntu nad morzem jako Herbertowemu obrazowi Grecji. Jest on amorficzny, wielopoziomowy, a nawet swoiście wielojęzyczny. Pierwszą jego płaszczyznę stanowi wiedza tzn. informacje o Grecji, o jej historii, zwłaszcza starożytnej, o kulturze, filozofii, zabytkach, pracach archeologów, badaniach geologów, ustaleniach historyków sztuki. Pasje poznawcze Herberta zawsze w równym stopniu odnosiły się do realnego świata jak i do świata książek dotyczących zwiedzanych miejsc. Czytelnika uwodzi, a nawet onieśmiela i poraża rozległa wiedza autora, błyskotliwa erudycja, poznawcza rzetelność, a przy tym swoista pokora wobec dokonań i ustaleń specjalistów z różnych dziedzin wiedzy. Ten wielogłos dyscyplin naukowych, polifonia języków, jakimi przedstawiciele różnych nauk mówią o Grecji, daje się słyszeć w tekście Herberta, który przeczytał nieskończoną ilość książek dotyczących Grecji, zabierał je, wedle świadectwa żony, ze sobą w podróż, streszczał, przyswajał i cytował. Prawdziwy poeta doctus.

Po drugie w Herbertowym obrazie Grecji ogromne znaczenie zyskuje płaszczyzna widzenia. Doznawanie wyglądów z autopsji, obserwacja momentalna szczegółów, przeżycie „tu i teraz”, osobiste, zmysłowe, nieomal miłośnie cielesne doświadczanie świata odgrywa kluczową rolę. Tego nie zastąpią żadne książki. Herbert pyta:

“Skąd więc ta przemożna wola konfrontacji, ta pasja pchająca do zbliżenia fizycznego, pożądanie, aby położyć ręce, zjednoczyć się cieleśnie, a potem oderwać się, odejść i unieść ze sobą – co? Obraz? Dreszcz?” (Akropol, LNM 129).

Odpowiedź zawiera się w jego postawie wobec świata, która jest wyróżnikiem wyjątkowej, niepowtarzalnej osobowości autora Pana Cogito. Sam próbuje ją scharakteryzować i nazwać, dokonując swoistej onto-antropologicznej autoanalizy.

“Zawsze chciałem kochać, uwielbiać, padać na kolana i bić czołem przed wielkością, mimo że nas przerasta i poraża, bo jaka byłaby to wielkość, gdy¬by nie przerastała i nie porażała” (Labirynt nad morzem, LNM 9).

Hermes z malym Dionizosem

Praksyteles, Hermes z małym Dionizosem, Olimpia, Muzeum Archeologiczne, fot. JMR

Mamy prawo zapytać, jakie to pożytki można odnieść z obcowania z tak porażającą i przerastającą nas wielkością? Czy nie ma w tej postawie jakiejś niedojrzałości, wręcz infantylizmu? Lub piętna męskiego libido pobudzanego wielkością ekscytującą i nieosiągalną. Ale Herbert nie poprzestaje na psychologizującej autocharakterystyce. Własny przypadek służy mu za punkt wyjścia uniwersalizujących uogólnień.

“Fakt, że wobec arcydzieł czułem się zawsze niepewnie, uważałem za rzecz naturalną. Jest dobrym prawem arcydzieł, że burzą naszą zarozumiałą pewność i że kwestionują naszą ważność. Zabierały one część mojej rzeczywistości, nakazywały milczenie, zaprzestanie mysiej krzątaniny wokół spraw nieważnych i głupich.[…] Jeśli godzi się nazwać to wszystko transakcją, była to transakcja najkorzystniejsza z możliwych. Za pokorę i uciszenie dawały mi w zamian „miód i światło”, jakiego sam w sobie nie potrafiłem stworzyć” (Duszyczka, LNM 90–91).

Olimpia rzeźby tympanonu 01

Przygotowanie do wyścigu rydwanów Pelopsa i Oinomaosa (detal). Rzeźby ze wschodniego tympanonu świątyni Zeusa, Olimpia, Muzeum Archeologiczne, fot. JMR

Porażająca wielkość arcydzieł nie prowadzi do poniżenia czy upokorzenia, nie ma w obcowaniu z nimi nic z dwuznacznej masochistycznej przyjemności. To raczej sposób na przywrócenie własnemu istnieniu właściwych proporcji, dzięki obco¬waniu z obiektywnie wielkimi wartościami. Przemyślenie osobistego stosunku do arcydzieł i charakterystyka własnej wobec nich postawy pozwala Herbertowi sformułować surowe oskarżenie kultury współczesnej. Jej śmiertelnym grzechem jest to, że małodusznie unika ona frontalnej konfrontacji z wartościami najwyższymi. Arogancko dowodzi, że możemy się obyć bez wzorów zarówno estetycznych, jak i moralnych. Odrzuca pomoc tradycji, co powoduje, że człowiek współczesny brnie w samotność, grzebie się w zakamarkach opuszczonej duszyczki. Współczesna kultura choruje na zanik pamięci, oderwana od korzeni nie jest w stanie sama z siebie czerpać życiodajnych soków. Więdnie. Pisze Herbert:

“Pragnąłem zawsze, żeby nie opuszczała mnie wiara, iż wielkie dzieła ducha są bardziej obiektywne od nas. I one będą nas sądzić. Ktoś słusznie powiedział, że to nie tylko my czytamy Homera, oglądamy freski Giotta, słuchamy Mozarta, ale Homer, Giotto i Mozart przypatrują się, przysłuchują nam i stwierdzają naszą próżność i głupotę. Biedni utopiści, debiutanci w historii, podpalacze muzeów, likwidatorzy przeszłości podobni są do owych szaleńców, którzy niszczą dzieła sztuki, ponieważ nie mogą wybaczyć ich spokoju, godności i chłodnego promieniowania” (Duszyczka, LNM 91, podkr. – E.N.).

Olimpia rzeźby tympanonu 02

Przygotowanie do wyścigu rydwanów Pelopsa i Oinomaosa. Rzeźby ze wschodniego tympanonu świątyni Zeusa, Olimpia, Muzeum Archeologiczne, fot. JMR

Przytoczone powyżej cytaty odsłaniają obecność trzeciej płaszczyzny Herbertowego obrazu Grecji, którą nazwę płaszczyzną komentarza i interpretacji dokonywanych z punktu widzenia człowieka drugiej połowy XX wieku. I ta płaszczyzna jest najciekawsza, a przy tym najbardziej niejednoznaczna, odsłania oblicze Her¬berta jako pisarza paradoksów. Oto kilka z nich.

Pokusa opisywania i porażki opisywactwa

W eseju Duszyczka próbuje Herbert, wychodząc od rozważań twórcy psychoanalizy Zygmunta Freuda, odpowiedzieć na pytanie, „jak to jest z tym moim poczuciem winy w obliczu arcydzieł? Czy chodzi o to, że, ja widzę a inni nie widzą?” Zygmunt Freud, w związku ze swoją wycieczką do Aten w roku 1904, analizował w liście do Romain Rollanda obecność w psychice człowieka dwóch sprzecznych postaw, wynikających z dwóch diametralnie różnych reakcji wobec rzeczywistości. I nie chodzi tu o napięcie czy kolizję między wiedzą a widzeniem, tym co znamy z lektury czy ze słyszenia, a tym, co przeżywamy bezpośrednio. Freud akcentuje nieusuwalny sceptycyzm tkwiący w naturze człowieka, wyrażający się pewnym zamąceniem poczucia rzeczywistości, co jest wyrazem ontologicznej niezdolności człowieka do osiągnięcia szczęścia, a co Freud nazywa „przegraną z powodu sukcesu”, zmąceniem go poczuciem winy. Herbert nie potwierdza freudowskiego rozpoznania, nie ma poczucia winy, ani też sceptycyzm nie mąci jego poczucia szczęścia. Rozumuje: skoro zostałem wybrany przez ślepy los, muszę sprostać temu zadaniu:

“…muszę temu wyborowi nadać sens, odebrać mu jego przypadkowość i dowolność. Co to znaczy? To znaczy sprostać wyborowi i uczynić go wyborem moim. Wyobrazić sobie, że jestem delegatem czy posłem tych wszystkich, którym się nie udało. I jak przystało na delegata czy posła, zapomnieć o sobie, wysilić całą swoją wrażliwość i zdolność rozumienia, aby Akropol, katedry, Mona Lisa powtórzyły się we mnie, na miarę oczywiście me¬go ograniczonego umysłu i serca. I żebym to, co z nich pojąłem, potrafił przekazać innym (Duszyczka, LNM 90).

Przekazać innym to opisać w miarę obiektywnie, wszechstronnie, wieloaspektowo. Herbert jak przystało na rasowego humanistę wsłuchuje się w mowę geologa, geografa, archeologa, historyka, filozofa, historyka sztuki, poety… Jego wiedza i erudycja budzą podziw i zachwyt, a do tego ta olśniewająca i porażająca umiejętność widzenia całościowego, syntetyzującego, rozpoznającego sens świata i sens w świecie. Wszystko w tym opisie jakoś się ze sobą łączy: materia i duch, krajobraz i religia, nauka i geografia, historia i sztuka. Spaja to pierwiastek ludzki, wydobywany i eksponowany przez poetę ludzki aspekt tego świata i jego widzenia. Architektura jest częścią pejzażu, pejzaż przemawia „patetycznym głosem mitu i tragedii” (Próba opisania krajobrazu greckiego, LNM 66), „grecka świątynia, rzeźba i mit wyrastają organicznie z ziemi, morza i gór” (Próba opisania krajobrazu greckiego, LNM 82).

Egina światynia Egei Aphei

Świątynia Afai. Egea, fot. JMR

Ostatnia chronologicznie, poświęcona Holandii, podróżnicza książka Herberta Martwa natura z wędzidłem (1993) zawiera wyjątkowo dużo świadectw pochylenia się autora nad ludźmi, ich biografiami, krajobrazem, w jakim żyli, otaczającymi ich przedmiotami. Wymusiła to poniekąd sztuka holenderska, nie tylko związana tematycznie z bogatą różnorodnością doczesnego życia Holendrów, ale sama będąca składnikiem tego życia, walutą w obrocie handlowym. „Obrazami można było spłacić dom, kupić konia, można je było dać jako wiano córce” (Cena sztuki, MNW 31). Zaś malarze prowadzili „podwójne życie” zawodowe. „Byli kucharzami, właścicielami gospód, zajazdów, cegielni, drobnymi urzędnikami, handlowali dziełami sztuki, nieruchomościami, pończochami, tulipanami – czym popadło” (Cena sztuki, MNW 35).

Z drugiej strony dają znać o sobie kłopoty z poznaniem i opisywaniem. Herbert odsłania iście kryminalny aspekt odkryć naukowych i polemik: zatajenia, kłamstwa i oszustwa związane m. in. z odkryciami cywilizacji minojskiej na Krecie przez Arthura Evansa i stanowiskiem jego krytyków. „No cóż, uczeni są także ludźmi nie pozbawionymi namiętności” (Labirynt nad morzem, LNM 35) – z pobłażaniem konstatuje poeta – i nie we wszystkim zasługują na wiarę i zaufanie, rządzą nimi pasje i miłość własna, zawłaszczają badany i odkrywany przez siebie świat jako budulec własnej chwały. Wiedza o starożytnej Grecji jest rekonstruowaniem całości ze szczątków i fragmentów, jest zaledwie domysłem, hipotezą uzmysławiającą nam zerwanie ciągłości, utratę pamięci, zawodność wyobraźni. Co było przyczyną klęski kultury minojskiej? Wewnętrzna rewolucja? Inwazja Achajów? Katastrofa sejsmiczna połączona z powodzią i pożarem? Spory uczonych trwają i trudno się spodziewać, by zostały definitywnie rozstrzygnięte. „Kreta, tajemnicza, o zaciśniętych ustach, zamkniętych oczach – broni się” (Labirynt nad morzem, LNM 38).

Ateny Muz Arch freski z Krety 02   Ateny Muz Arch freski z Krety 01

Rekonstrukcja fresków z Pałacu Minosa, Ateny, Muzeum Archeologiczne, fot. JMR

Próba opisania krajobrazu greckiego z autopsji też skazana jest na niepowodzenie. Jadąc do Grecji Herbert spodziewał się, że będzie to przedłużenie krajobrazu włoskiego. Na miejscu zrozumiał, że dane mu będzie poznać coś, czego nie zdoła porównać z niczym. Krajobraz grecki wymyka się opisowi przez samą swą naturę. Patrzącego atakuje nieposkromione bogactwo wrażeń i doznanie ruchu, jakby oczy otwierały się wciąż na bolesny dramat narodzin ziemi” (Próba opisania krajobrazu greckiego, LNM 51). Góry, to nie majestatyczna cisza jak w Alpach, ale „niespokojne spiętrzenie, gwałtowne starcia mas ziemi, ostre przepaście, nagłe przełęcze, a między tym doliny, rzadko rozległe, najczęściej wąskie, wężowe. Na urwistych stokach wypisały swe imiona przemoc i gwałt”. (Próba opisania krajobrazu greckiego, LNM 59)

Delfy widok na teatr i światynieDelfy. Widok na teatr i świątynię Apollina, fot. JMR

Krajobraz Delf „rozkołysany poza granice wyobraźni i daleko poza granice wszelkiego opisu” demaskuje bezradność pięknych i gładkich zdań opisowych użytych do jego przedstawienia. „Nikt nie potrafi zamknąć w słowach wspaniałości tego miejsca” – oświadcza Herbert w Próbie opisania krajobrazu greckiego (LNM 69). Chwyta się na tym, że jego pióro zbyt często ześlizgiwało się w sferę legendy i historii, a więc cudzych opowieści, że nie udało mu się wyrazić kształtu i koloru choćby tej jednej, dokładnie znanej oliwki koło muru odgradzającego pałac Minosa w Knossos. Doświadczana realność świata z trudem przyjmuje postać przedmiotów przedstawionych w opisie, zawsze linearnym, selektywnym, sekwencjonalnym, tak bardzo odległym od epifanicznego charakteru poznania w akcie widzenia – iluminacji. „Udręka opisywania” daje się porównać do „odwijania zdań jak bandaży, od lewej do prawej, wbrew regułom widzenia, które dają całość w jasnym i nagłym świetle jednoczesnej obecności”. (Labirynt nad morzem, LNM 19).

Trzeba być Dürerem, żeby z tego doświadczenia zrobić przedmiot. Poczucia klęski opisywactwa nie łagodzi nawet stanowcza deklaracja woli: „Chciałem opisać” (Próba opisania krajobrazu greckiego, LNM 82). Godzi się w tym miejscu podkreślić, że świadomość bezradności opisu towarzyszyła wszystkim podróżniczym książkom Herberta. Pamiętamy jego uwagi z Barbarzyńcy w ogrodzie skreślone przy próbie opisania malowideł z epoki paleolitycznej w grocie Lascaux w południowej Francji.

“Zdaję sobie sprawę, że wszelki opis – inwentarz elementów, bezsilny jest wobec tego arcydzieła, które ma tak oślepiającą i oczywistą jedność. Tylko poezja i baśń mają moc błyskawicznego kreowania rzeczy. Więc chciałoby się powiedzieć tyle: „Był sobie raz piękny koń z Lascaux” (Lascaux, BO 10).

Delfy św Apollona

Delfy, świątynia Apollina, fot. JMR

Podziw i litość

Po co jechać do Grecji? Żeby brać udział w trwającym od wieków „sprzysiężeniu zachwytu”, które – jak zauważa ironicznie Herbert – polega „nie tyle na wciąż odnawiającym się wzruszeniu, ile na sile wmówienia, na repetycji wiary” (Akropol, LNM 95). Zachwycają nas arcydzieła architektury, rzeźby, malarstwa, ceramiki. „Miód i światło”, możliwość obcowania z wartościami, Prawda i Piękno – kalòs k’agathós, miara i godność, mądrość i powściągliwość ludzi starożytnych, o której mowa w pięknym wierszu Dlaczego klasycy (N). Tam w Grecji starożytnej i w Rzymie tkwią czyste źródła naszej europejskiej kultury, szlachetne wzory naszych zachowań, wyborów, postępków. Dziedzictwo minionych wieków trwa mimo upływu czasu, mowa przodków jest dla nas słyszalna i zrozumiała, historia i kultura zachowują ciągłość, pamięć o tradycji ma moc ocalającą. To „odnawianie” wzruszenia i „repetycja” wiary unieważniają upływ czasu. Najdobitniejszym tego wyrazem jest reakcja Herberta na Akropol.

Akropol nocąAkropol w Atenach nocą, fot. JMR

“Wysoko w górze – on!
Wewnętrzny okrzyk w tonacji jasnej i prawie triumfalnej. […] Nigdy nie przestawałem wierzyć, że Akropol istnieje realnie i spotkanie z nim twarzą w twarz nie było wcale konieczne dla umocnienia tej wiary. Akropol był cudem rzeczywistym. Nie wodził zmysłów na pokuszenie, nie obiecywał, że będzie czymś więcej niż jest. Spełniał się cały, był równy samemu sobie. Powtarzałem sobie tedy niezdarną formułę: on jest i ja jestem, a ogromna przestrzeń czasu, dzieląca daty naszych urodzin, kurczyła się, nikła. Byliśmy współcześni” (Akropol, LNM 129).

Ale starożytna Grecja to ruiny, szczątki, ułomki, świadectwa nie tyle niszczącej siły czasu, co barbarzyństwa historii. Akropol zalewały fale wojen, oblężeń, rabunków i profanacji. Wojny peloponeskie, straszny rabunek Grecji przez Rzymian, Gotowie w Atenach w III wieku, pod koniec IV Ateny przechodzą pod władzę Bizancjum, cesarz Justynian edyktem z roku 529 wypędza z Aten filozofów i retorów. „Ten akt administracyjny – komentuje Herbert – był dotkliwszy niż jakakolwiek przegrana bitwa” (Akropol, LNM 113). Na przełomie VI i VII wieku Partenon przerobiono na kościół Bożej Mądrości a Erechtejon na kościół Matki Bożej. Na przełomie XIII i XIV wieku za panowania dynastii frankońskiej de la Roche’ów zamieniono Akropol na średniowieczną twierdzę. W XIV wieku za panowania florentynczyków z kupieckiej rodziny Acciaiuoli Propyleje przebudowano na pałac w st¬lu włoskim. W roku 1456 po upadku Konstantynopola namiestnik władcy Mahometa II, Omar, objął Ateny jako punkt strategiczny i nic więcej. Partenon został przemieniony na meczet. W Erechtejonie mieścił się harem agi zamku. Po dwóch wiekach panowania tureckiego na Peloponezie w wieku XVII wkroczyli do Aten Wenecjanie, co przyniosło potężne uszkodzenie Partenonu. W wieku XVIII i XIX odbywa się wielka grabież dzieł greckich w celu wzbogacenia kolekcji i muzeów europejskich. Celowali w tym Francuzi i Anglicy. Opiewane przez romantyków powstanie greckie w roku 1821 dopełniło zniszczenia Akropolu, wszak nie odbywało się w imię Hellady, Grecji filozofów i artystów.

Dziś Akropol to dzieło rekonstrukcji. Atrapa. Umowna materializacja obiektu opisanego przez archeologów i historyków architektury w dziełach naukowych i przewodnikach. Więc co naprawdę nas zachwyca? Herbert zdaje sobie sprawę z tego, że Akropol przesunął się w jego świadomości z planu estetycznego na plan historii i nie mogło być inaczej. Nie da się go, ani całej Grecji oglądać wyłącznie chłodnym okiem estety. Nie można pogrążyć się tylko w zachwycie i radości obcowania z pięknem. Oddajmy głos Herbertowi, który ten paradoks obcowania z Akropolem oglądanym w nocy wysławia najtrafniej.

“Akropol, jaki miałem przed oczami, sprowadzony do szkieletu, odarty z ciała, był dla mnie zarówno dziełem woli, ładu, jak i chaosu, artystów i historii, Peryklesa i Morosiniego, Iktinosa i grabieżców. I dotykając wzrokiem jego ran i okaleczeń, doznawałem uczucia, w którym podziw mieszał się z litością. Jeśli czerpałem osobliwe uczucie szczęścia zagrożonych, to wypływało ono chyba z uświadomienia sobie tego niezwykłego faktu, że „udało mi się jeszcze zdążyć”, zanim on i ja podzielimy los wszystkich tworów ludzkich na ciemnym przylądku czasu, przed niewiadomą przyszłością” (Akropol, LNM 131).

IMG_9292

Akropol ateński, Propyleje, fot. JMR

Szczęście zagrożonych

Ta osobliwa oksymoroniczna formuła oddaje istotę wspólnoty między minionymi cywilizacjami a epoką współczesną. Herbert z niejakim niepokojem zauważa swoje „zafascynowanie katastrofą”, bowiem, gdy zastanawia się nad dziejami odległych cywilizacji, bardziej interesuje go pytanie „jaka była przyczyna ich śmierci niż wszystkie kwestie dotyczące ich życia, wspaniałości i potęgi”. Dlaczego? Przecież nie z pogoni za sensacją, czy z powodu lubowania się w nieszczęściu. Odpowiedź Herberta jest godna zastanowienia. Rozwój, powodzenie i trwanie jakichś cywilizacji daje się wytłumaczyć racjonalnie dogodnym położeniem geograficznym, równowagą społeczną, mądrością monarchów i polityków itp.

“Natomiast w zniknięciu z mapy świata państw i narodów tkwi element tajemnicy losu i naturalną skłonnością umysłu jest poszukiwanie przyczyny jedynej, pierworodnego grzechu cywilizacji, decydującego momentu, kiedy na ludem nieświadomym i zadufanym bóg podniósł rękę, aby cisnąć grom” (Labirynt nad morzem, LNM 47).

Zagłada cywilizacji minojskiej na Krecie jest szczególnie przejmująca, bo nie dotknęła pełnego pychy imperium, ani potężnych zamków czy wspaniałych stolic. Nie może budzić mściwej satysfakcji, jaką odczuwał Mickiewicz oglądający ruiny pałaców girajów w Bachczysaraju, czy ruiny zamku w Bałakławie na zawładniętym przez carskie imperium Krymie, z czego wnosił profetycznie o rychłym te¬go imperium upadku.

“Wydaje się, że mieszkańcom starożytnej Krety obca była pycha wielkich cywilizacji. Nie wyzywali losu. Starali się przetrwać w swojej odrębności i w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Rozpętane żywioły były jakby zbyt wielkie i nieproporcjonalnie okrutne w stosunku do tego, co niszczyły. Ich ruiny to ruiny kołyski, ruiny pokoju dziecinnego”(Labirynt nad morzem, LNM 55).

Mykeny widok z murow

Widok z murów Myken w kierunku morza, fot. JMR

Ich los budzi współczucie. „Nie ma innej drogi do świata, jak tylko droga współczucia” (Labirynt nad morzem, LNM 55). „Wtedy zaczynają się zacierać kontury czasu, przeszłość i teraźniejszość, bo tylko w tych dwóch żywiołach człowiek może żyć naprawdę, najpełniej” (Labirynt nad morzem, LNM 53–54). Studiowanie dziejów starożytnych, oglądanie ruin, kontemplacja szczątków bezpowrotnie minionych cywilizacji, kultur, narodów przeniknięte współczuciem dla losu tamtych ludzi odsłania nam nasz własny los, równie nieprzenikniony, tajemniczy, kryjący w swojej ciemnej głębi zarodek zagrożenia i katastrofy. Na stokach greckich gór „wypisuje swe imiona przemoc i gwałt”, pałac w Mykenach wywiera nieodparte wrażenia „miejsca nawiedzonego tragedią” (Próba opisania Krajobrazu greckiego, LNM 65), Akropol swoimi ranami i okaleczeniami wywołuje podziw zmieszany z litością, etruska dziecięca lekkomyślność, kult zabawy, skłonność do wyrafinowanej elegancji i luksusu, upodobanie w ucztach, tańcach, muzyce, słowem w wyrafinowanej doczesności łączą się paradoksalnie z ich zafascynowaniem śmiercią, zwróceniem twarzy ku mrocznym zaświatom. W ich dziejach rozpoznajemy swój własny los, ich i nas łączy to samo „szczęście zagrożonych”.

20090603_172246_512

Mykeny, Brama Lwic, fot. JMR

Węzeł gordyjski cywilizacji i barbarzyństwa

Pobyt w Olimpii – miejscu starożytnych igrzysk – skłonił Herberta do refleksji nad źródłami tych bezinteresownych i pięknych sportowych zapasów, a były to mord i zagarnięcie tronu (Próba opisania krajobrazu greckiego, LNM 77). Wszak igrzyska olimpijskie to echo bezlitosnych walk o władzę między ojcem i synem czy teściem i zięciem. Ta szkoła energii i pokaz wzorów osobowych oraz ta szkoła rzeźby – wszak zawodnicy wypożyczali swoje harmonijnie zbudowane ciała bogom i herosom rzeźbionym przez artystów – swoje pierwotne źródło miała w zapasach na śmierć i życie.

olimipia brama stadionu

Olimpia, Brama stadionu, fot. JMR

Wyspa Samos – centrum kultury jońskiej na długo przed okresem świetności Aten, ojczyzna świetnych budowniczych, inżynierów, artystów i filozofów została ujarzmiona i upokorzona (m.in. zburzeniem murów) przez Peryklesa w dwóch wojnach samijskich, będących areną barbarzyńskiego okrucieństwa po obu stronach. Wypalanie na czołach pokonanych hańbiących znaków, krzyżowanie, bicie kijem po głowie, pozostawianie na ziemi nie pogrzebanych zwłok z pewnością nasunęło pomysły dramaturgiczne wielkiemu tragikowi Sofoklesowi, który był jednym ze strategów ateńskich biorących udział w wyprawie na Samos (440 do 439 przed Chr.) Ale od tej wojny rozpoczął się upadek ligi morskiej, a także zmierzch peryklejskiej polityki, będącej najdoskonalszym wyrazem demokracji ateńskiej. Spektakularne zwycięstwo Aten było moralnie i politycznie wątpliwe. Retorzy ateńscy, protoplaści współczesnych propagandzistów, włożyli wiele wysiłku, by opanować do perfekcji umiejętność mówienia o najgorszych rzeczach z przezorną delikatnością, posiedli zdolność wynajdywania eufemizmów nazywając więzienie – mieszkaniem, kontrybucję – dopłatą, okupację – ochroną. Bezpośrednim skutkiem wojny samijskiej było wprowadzenie cenzury zakazującej poetom komedii attyckiej przedstawiania osób na scenie pod prawdziwym nazwiskiem. Że hałaśliwie fetowane zwycięstwo Aten i Peryklesa było cokolwiek dwuznaczne świadczy zachowanie starej, ponad 70-letniej Elpiniki, która kierując się obywatelskim su¬mieniem i odpowiedzialnością miała odwagę skarcić publicznie Peryklesa za to, że zgubił tylu dzielnych obywateli i to nie w wojnie z wrogami Aten – Fenicją ani z Persją, lecz – jak podaje jej słowa Plutarch – „przy przywracaniu do porządku miasta, związanego z nami węzłami przymierza i krwi”.

Herbert nie zamierza kwestionować walorów demokracji ateńskiej. Tak, w morzu barbarzyństwa Ateny były jednak ojczyzną demokracji, mimo że narzucały czasem wolę innym i to na drodze wojny i przemocy. Nie mniej z ujarzmienia Samos wyciąga gorzki morał, skłaniający szczególnie dzisiaj do refleksji. Jeżeli cywilizowany i demokratyczny kraj wchodzi w rolę najeźdźcy, nawet zwycięskiego i to w słusznej sprawie, to wydaje się on na działanie choroby i zła niszczących jego własne społeczeństwo i jego swobody.

Istotnie, Ateny Peryklesa sprzeniewierzyły się swojej roli bezstronnego arbitra w sporach miast greckich i w sprawie Samos stanęły po stronie Miletu, wikłając się w wojnę i zaślepioną stronniczość. Uczyniły to z pewnością w dobrej wierze i w poczuciu nie tylko siły, ale i racji moralnej. Utraciły jednak swą niezależność i zdolność do obiektywnego wyważania racji, dały się wciągnąć w działania o doraźnej skuteczności bez dalekowzrocznego rozumienia celów i sensów własnego miejsca w historii. Nieunikniona brutalność wojennych procederów i potrzeba ich uzasadnień, obrony, propagandy, uciekająca się do przekłamań, przemilczeń, słownej agresji, przyzwolenie dla koniunkturalizmu zachowań i manipulacji ocenami w imię racji stanu i racji moralnej niszczyły demokratyczną tkankę społeczeństwa ateńskiego.

Nasuwa mi się nieodparcie w tym miejscu uwaga, że ta gorzka prawidłowość ma również odniesienia partykularne związane z rolą i stosunkiem poety, artysty, intelektualisty do aktualnej historii, której jest częścią. Jeżeli wielki, mądry poeta, heroicznie i skutecznie opierający się całym swoim dziełem trucicielskim ukąszeniom potwora „obiektywizmu historycznego”, powodowany głębokim poczuciem moralnym angażuje się bezpośrednio w historię i politykę, i swoje łabędzie pióro nurza w „brudnej pianie gazet”, wydaje się na niszczące działanie choroby i zła, którym zamierzał się przeciwstawić. Mykeny to grecka stolica zbrodni.

Mykeny mury cyklopowe

Mykeny. Mury cyklopowe, fot. JMR

“Pałac jest raczej posępną fortecą. Została tylko krew i kamienie. […] Pejzaż jest dziki, zamknięty. Postrzępione wierzchołkami gór niebo wisi nad Mykenami zakrzepłą chmurą nieszczęścia” (Próba opisania krajobrazu greckiego, LNM 65)

Herbert rozmyśla nad dramatycznymi i krwawymi dziejami podboju Grecji przez bandy Achajów, pierwszych indoeuropejskich najeźdźców Hellady począwszy od 2000 r. przed Chr. „Wilcze apetyty” zaprowadziły ich do Krety, Azji Mniejszej, Italii. Swoje łupieżcze wyprawy przedsiębrali z iście normandzkim rozmachem. Grabili złoto, bydło i brali niewolników, ale nie obce było im olśnienie wyrafinowaniem i przepychem cywilizacji kreteńskiej. Mykeny są wyrazem tej cywilizacyjnej mieszaniny, łączącej elementy obce jak ogień i woda – nordyckie i śródziemnomorskie. Pamiętamy Pana Cogito, który obserwując w lustrze swoją twarz zastanawia się nad swoim rodowodem, w którym piętno barbarzyńców i ludów cywilizowanych splotły się w jedno.

Maska Agamemnona

Tak zwana Maska Agamemnona, Ateny. Muzeum Archeologiczne, fot. JMR

Tragiczne dzieje Etrusków, którzy narzucili swą dominację Latynom, a następnie zostali doszczętnie wchłonięci i strawieni przez potężnych Rzymian, poruszają w szczególny sposób wyobraźnię i wrażliwość ludzi współczesnych, dla których historia jest pasmem podbojów i eksterminacji ludów. Pisze Herbert: „My, którzy jesteśmy dziedzicami zbrodni i przemilczeń, staramy się wy¬mierzyć sprawiedliwość przeszłości, przywrócić głos wielkim niemowom historii, ludom, którym nie powiodło się w dziejach”. (O Etruskach, LNM 147)

Z Etruskami mieli już kłopot starożytni. Dla Greków byli niepokojącą zagadką, nie tylko dlatego, że stanowili pierwszą poważną przeszkodę kolonizacyjnych podbojów Greków, ale nie mieścili się zupełnie w kategorii barbarzyńców. Ich kultura i organizacja polityczna były bardzo zbliżone do greckiej, a ich język przypominał dialekt mieszkańców wyspy Lemnos, zanim podbili ją Ateńczycy. Etrurię zdobyli z dwóch stron Rzymianie i Celtowie, ale wojna z Rzymianami, mimo okrucieństw była jednak wojną dwóch zbliżonych do siebie poziomem cywilizacyjnym partnerów, gdy najazdy anarchicznych band barbarzyńców budziły grozę i bezradność jak klęski żywiołowe: grad, posucha i zaraza.

Tarquinia freski w etruskim grobowcu

Wnętrze etruskiego grobowca. Tarquinia, fot. JMR

Nie znajdujące do dziś odpowiedzi pytania uczonych o pochodzenie Etrusków nie są wstanie unieważnić faktu, że – cytuję Herberta:

„Niezależnie od tego czy byli autochtonami, czy pochodzili ze Wschodu, ich cywilizacja powstała i rozkwitła w Italii, a była dziełem wielu czynników, etnicznej mieszanki, a nie czystego szczepu” (O Etruskach, LNM 159).

Tarquiniq Etruskie konie

Skrzydlate konie etruskie z sanktuarium Ara della Regina, Tarquinia, Muzeum Archeologiczne, fot. JMR

Z kolei analiza sztuki etruskiej dowodzi, że niemal w każdym jej dziele są zawarte trzy czasy: „dziedzictwo bardzo dalekiej przeszłości, współczesny wpływ sztuki greckiej i antycypacja sztuki rzymskiej” (O Etruskach, LNM 163). Studiowanie długiego trwania narodów w dziejach, pedantyczne poszukiwania ich pochodzenia muszą prowadzić do jednego wniosku, że na pojęcie jakiegokolwiek wielkiego narodu, np. Francuzów, złożyły się różne ludy, jak Celtowie, Likurgowie, Rzymianie, Frankowie. Ponieważ Rzymianie jako zwycięzcy Etrusków nie wytępili zwyczajów i języka zwyciężonych, epoka etrusko-rzymska trwała aż do trzeciego wieku naszej ery, a dzięki ekspansji Cesarstwa Rzymskiego na całą Europę aż do Brytanii, w dolinę Dunaju, a może i jeszcze dalej na północny wschód być może i nasz naród uformowały zmieszane i poplątane składniki różnych narodów i kultur, tak cywilizowanych, jak i barbarzyńskich, wśród których jest jakiś pierwiastek etruski. Herbert odnosi się ze zdecydowaną niechęcią i pogardliwą kpiną do wszelkich maniaków etnicznej czystości narodów. Przekonanie o istnieniu „prawdziwych” Francuzów, Niemców czy Polaków może być jedynie owocem niewiedzy i ignorancji.

Tarquinia etruskie mury obronne

Tarquinia. Etruskie mury obronne, fot. JMR

Nie szukać Rzymu w Rzymie

Prawdziwa wielkość cywilizacji rzymskiej przemówiła do Herberta w Anglii w miejscowości New Castel w drodze do Szkocji „tam pod nawisłymi, niskimi chmurami, z których padał przejmująco zimny deszcz, przesłanie Rzymian było czymś niezwykłym i jakby graniczyło z zuchwałym szaleństwem”. (Lekcja łaciny, LNM 170). W dodatku nie stało się to za sprawą świątyń czy łuku triumfalnego, kolumn czy akweduktów. Był to przecinający całą wyspę wał ziemny – najdalej na północ wysunięty szaniec cywilizacji, która usiłowała się bronić przed nie podbitymi jeszcze, dzikimi plemionami barbarzyńców.

20080501_140510_390Mur Hadriana, fot. JMR

Sam podbój Brytanii przez Rzymian obfitował w akty okrucieństwa, rzezie, grabieże i mordy. Zdyscyplinowanie, wyszkolenie, organizacja i umiejętności taktyczne armii rzymskiej dawały jej zdecydowaną przewagę nad źle uzbrojonymi, niezdolnymi do działania według jakiegokolwiek planu strategicznego Brytami. Ale legioniści rzymscy – ci obrońcy cywilizacji – nie byli to, jak podkreśla Herbert, smętni, bladzi młodzieńcy, czytający na postojach Rozmyślania Marka Aureliusza i trawieni tęsknotą za Lesbią i Rzymem, ale raczej krwiste i brutalne osiłki. Cywilizacja rozprzestrzeniała się i broniła ramionami karnych i brutalnych, pozbawionych jakichkolwiek praw do życia osobistego prawdziwych maszyn do zabijania. I w dodatku „prawdziwi Rzymianie” stanowili wśród nich znikomy odsetek. Większość legionistów pochodziła z Dalmacji, Tracji, Hiszpanii, Galii, Dacji, krajów położonych nad Renem, a nawet Kapadocji i Syrii, słowem z krajów podbitych przez Imperium.

Pons_Aelius_production2YD

Mur Hadriana, rekonstrukcja, fot. WIKI

Rzymski podbój Brytanii odsłania jeszcze jeden paradoks związany ze stosunkiem okupantów do podbitych. Herbert podkreśla, że „Rzymianom wcale nie zależało na niszczeniu struktury społecznej kraju i zastanej hierarchii władzy”, choć ograniczyli jego suwerenność, podporządkowując ich króla cesarzowi Rzymu. Co więcej, prokuratorzy Brytanii, a wśród nich przede wszystkim Juliusz Agrykola, stali się adwokatami uciemiężonych i domagali się liberalnego kursu polityki Rzymu wobec podbitych. Rzymianie podbijając Brytanię, której nie udało się im zlatynizować w trwały sposób, wnieśli jednak do niej swój wkład cywilizacyjny w postaci nowo założonych miast, w szczególności Londynu, rzymskich dróg i paradoksalnie walijskiego chrześcijaństwa, bowiem to chrześcijaństwo przejęło w V wieku schedę rzymską i rolę obrońcy cywilizacji przed barbarzyńcami, tej właśnie cywilizacji przyniesionej na krótkich mieczach legionów rzymskich. Słowem można powiedzieć, że był to podbój z klasą. Prawdziwe nieszczęście Brytanii przynosi zalew barbarzyńców: Piktów, Szkotów, Franków i Saksonów w IV wieku, przed którymi nie był w stanie obronić wyspy rzymski wał ziemny. Jak pisze Herbert z melancholijną zadumą nad ironią dziejów, w których podbici szukają pomocy i wsparcia u podbijających w sytuacji zagrożenia stokroć gorszym, degradującym cywilizacyjnie podbojem:

“W pierwszych latach V wieku ostatnie oddziały rzymskie opuszczają wyspę, udając się na wojnę z Gotami. Wyspiarze zostają sami, zdani na własne siły. Błagania o pomoc rzymską pozostają bez odpowiedzi. Tonie teraz potężny statek-imperium i nikt nie troszczy się o północną wyspę. Ostatni Rzymianin – cesarz Aecjusz – odczytywał zapewne z bezsilną ironią apel Brytów i opis ich sytuacji: barbarzyńcy spychają nas w morze, a morze wyrzuca nas z powrotem na barbarzyńców” (Lekcja łaciny, LNM 184)

Pojęcie barbarzyńcy ma u Herberta wiele znaczeń. Historyczne, gdy mowa o tych wszystkich ludach nadchodzących ku granicom Imperium Rzymskiego z Północy w pierwszych wiekach naszej ery – Piktach, Gotach, Celtach, Longobardach, Frankach, Saksonach…, pod naporem których padło Cesarstwo i jego kres wyznaczył początek nowej epoki – średniowiecza, wchłaniającego dziedzictwo antyku, rozmach, siłę i brutalność barbarzyńców, wizję świata chrześcijaństwa.

Drugie znaczenie barbarzyńcy – ontologiczne, wskazuje na istotową, niezbywalną, nieusuwalną cechę człowieczeństwa, a przy tym nacechowane kulturowo, kładzie nacisk na stosunek człowieka do świata, ludzi i przyrody pełen brutalności, okrucieństwa wobec ciała, pasji niszczenia wszystkiego, co zostało uznane za obce i wrogie, braku litości dla pokonanych, wyrafinowania w zadawaniu tortur i śmierci, uznawania własnej siły za jedyną rację i usprawiedliwienie destrukcyjnych działań… I z tego punktu widzenia nie ma istotnej różnicy między barbarzyństwem królewskich zbrodni opowiedzianych w mitach greckich, okrucieństwem żołnierzy Peryklesa w dwóch wojnach samijskich, działaniem legio¬nów rzymskich podbijających Brytanię, wymordowaniem katarów i templariuszy w średniowieczu a barbarzyńskimi zbrodniami XX-wiecznych systemów totalitarnych.

W trzecim znaczeniu określa Herbert mianem barbarzyńcy człowieka współczesnego, zapatrzonego wyłącznie w swój czas, słuchającego tylko własnego głosu, człowieka kultury masowej, erzatzu, banału, stereotypu, który utracił pamięć tradycji i zdolność rozumienia jej języka, który nie zna swego rodowodu i swoich korzeni, a w ogrodzie kultury europejskiej porusza się istotnie jak barbarzyńca depcząc, tratując, niszcząc.

Na zakończenie trzeba postawić pytanie o pożytki lektury Labiryntu nad morzem. Jak wszystkie podróże w odległe kraje i miniony czas również i ta książka Herberta pozwala nam oderwać się od niezbyt radosnej i budującej współczesności. Jest jak „z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta…” – ta z pięknego wiersza Stanisława Barańczaka (Chirurgiczna precyzja, 1998) – jak czysta muzyka, piękna, harmonijna, w swej bezinteresowności boska, jest jak oczyszczająca krynica, ożywczy napój dla obolałej, znękanej duszy w świecie, gdzie „walą się i z gruzów wstają mocarstwa”. A więc ucieczka od współczesności?

Poniekąd tak, ale zarazem nie, bo w tym zanurzeniu się w przeszłość, archeologię, historię, sztukę, ruiny, szczątki dawności, w kolebkę naszej śródziemnomorskiej cywilizacji poznajemy istotę naszego losu tu i teraz, naszych tragedii, naszych zbrodni, śmierci, zagłady. Rozpoznając mechanizmy naszego „długiego trwania”, paradoksy dziejów, cierpienia i radości przodków, ich testament pisany dla nas krwią, ogniem, złotem i purpurą pałaców, strzelistością katedr, kompozycyjną harmonią martwych natur… znajdujemy mądry dystans i duchową moc w znoszeniu dotkliwości naszego czasu.

Labirynt nad morzem traktując o starożytnej Grecji i Rzymie czyni te analogie i ciągłość mimo wszystko mniej dotkliwymi niż Barbarzyńca w ogrodzie. Czytając dla potrzeb tego tekstu kolejny raz rozdział o albigensach, inkwizytorach i trubadurach, o „zamęcie i wściekłości epoki” prześladowań, nienawiści, okrucieństwa, zbrodni jaką było średniowiecze – skądinąd epoka olśniewających katedr gotyckich, raz po raz traciłam poczucie rzeczywistości i czasu, którego dotyczy opis Herberta.

Sovana droga etruska wykuta w skale

Sovana. Droga etruska wykuta w skale, fot. JMR

“U podnóża góry na miejscu, które nazywa się dziś Cramatchs (od les crematz – spaleni), żołnierze wznoszą potężny stos. O tej porze roku suchego drzewa jest mało, więc zamiast rusztowania, przetykanego gałęźmi, i pali, do których przywiązani bywali skazańcy, budują zwycięzcy palisadę otaczającą sporą warstwę chrustu. Do tej makabrycznej zagrody wpędzają zakutych albigensów. Źródła podają liczbę dwustu osób – kobiet i mężczyzn. Palisadę podpala się z czterech stron. Rannych i chorych wrzuca się do środka. Żar jest tak wielki, że świadkowie muszą odejść od stosu. Śpiewy duchownych i krzyki umierających mieszają się ze sobą. […] Ciężki mdlący dym schodzi na doliny i rozwiewa się po historii” (O albigensach, inkwizytorach i trubadurach, BO 157)

Czuję go w kraju nad Wisłą.

Recenzja z tomu Labirynt nad morzem

orna

icon-car.pngKML-LogoFullscreen-LogoQR-code-logoGeoJSON-LogoGeoRSS-LogoWikitude-Logo
Grecja | Ελλάδα | Elláda | Ελλάς

loading map - please wait...

Grecja | Ελλάδα | Elláda | Ελλάς 38.865909, 22.359238

attkika

Periferia Attikis by Pitichinaccio | Own work. Licensed under Public Domain via Wikimedia Commons